Epilog początku
Gardłowy ryk. Ostry, kłujący. Przecinający na pół każdą pustą nutkę ciszy. Przenikający przez nasze wątłe ciała niczym powietrze lub tnący laser, bez najmniejszego trudu, wprawiając w drżenie każdą pojedynczą komórkę i mięsień. Wszczęte larum wydobywane jeszcze przez parę długich sekund ze strun głosowych ogromnego stwora, ostatecznie zakończone jeszcze głośniejszym barytonem warknięcia. Echo zawarło współpracę z dźwiękami, ponosząc tę bolesną melodię ryku po wszystkich pagórkach, wzgórzach, dolinach i górach, jakie tylko znajdowały się wokół nas w obrębie bitych kilku kilometrów.
Nie zatykaliśmy uszu dłońmi, bo nawet nie zdążyliśmy zareagować. Zaczął ryczeć porównywalnie niespodziewanie, jak się pojawił. Tak szybko, że nikt nie byłby w stanie wykonać żadnego ruchu. Jedyne, co potrafiliśmy zrobić, to próbować utrzymać się na zgiętych kolanach i w pochylonej pozycji zasłaniać twarz przedramionami (i tak już poturbowani wirem powietrza i przemieszczeni kilkadziesiąt metrów do tyłu). Wiatr, jaki wraz z potężnym hukiem powstał, był tak silny, że nie było mowy o pozostaniu w bezruchu. I z powodu ciśnienia powietrza, i przez obezwładniający strach na widok kilkumetrowych kłów potwora oraz widoku jego całej paszczy. Zupełnie tak, jakby poprzez prezentowanie swojego uzębienie miał pokazać, że to on ma przewagę i trumf nad nami. A może rzeczywiście tak było?
Gdy postawił krok swoją ogromną łapą, cała ziemia, na której staliśmy, zatrzęsła się ostrzegawczo. Wszystko nagle wprawił w ruch – razem z wrakiem samolotu znajdującego się nieopodal. Kawałki rozbitego kadłuba maszyny jeszcze bardziej się rozkruszyły, spadając małymi, ostrymi elementami na podgniłą trawę. Uderzenie potężnego ogona spotęgowało efekt fal sejsmicznych, przez co od razu upadłam do tyłu na plecy, desperacyjnie wymachując rękoma w poszukiwaniu czegoś, co mogłabym złapać i się na tym podtrzymać. Czego oczywiście nie znalazłam, ponieważ znajdowałam się na zupełnie pustym kawałku zielonego pola.
Odwróciłam głowę w kierunku Keyi, by szukać w niej oparcia. Ona jednak, także wpół siedząc, patrzyła na przerażającego smoka badawczo. Przerzuciłam wzrok na Duncana, ale on również skupiony był na obserwacji potwora, co wzbudziło we mnie dreszcze. Oboje analizowali każdy jego ruch, by poznać mowę ciała, co wykorzystają zapewne w późniejszym czasie podczas walki z nim. Bo byłam pewna, że go zaatakują. To było po prostu po nich widać – nie odpuszczą, dopóki go nie powalą. I ja też nie chcę pozwolić na to, żeby Mędrzec tak lekceważąco nas zignorował, napuszczając na nas jakiegoś potwora, aby tylko się nas pozbyć. To było po prostu niegodziwe...
Kolejny ryk przeciął powietrze jak strzała, a z tego hałasu zacisnęłam mocniej szczękę. Smok machnął porządnie swoimi gigantycznymi skrzydłami i chwila później wzniósł się w powietrze, dobijając mnie do ziemi wytworzonym ciśnieniem wiatru. I choć zawsze podobała mi się wizja spotkania ze smokiem (w końcu to magiczne, piękne stworzenia), to teraz zmieniam całkowicie swoje zdanie, jeśli tylko mam spotykać się ze smokami z rodzaju potworów. Przykładowo – jak ten, który wisi teraz nad nami na skrzydłach.
Wzniósł się jeszcze wyżej, do momentu aż jego paszcza i część szyi nie znikły ponad białymi kłębkami chmur. Był ogromny. Jego łapy unosiły się maksymalnie dziesięć metrów nad ziemią, a mimo to jego głowa nie była już widoczna. Mamy z nim w ogóle jakiekolwiek szanse?
I nim się obejrzałam, potwór wzbił się powietrze jak pocisk wystrzelony w górę, potężnymi skrzydłami rozrzedzając obłoki, dopóki całkowicie się nie rozpłynęły. Mogłam dokładnie oglądać, kiedy zwija się w ogromną kulkę, by następnie rozciągnąć się, rozwinąć skrzydła - również te na końcu ogona – i zataczając się jeszcze na niebie, zacząć kierować się na nas z zawrotną prędkością. Zbyt dużą, żebyśmy zdążyli się jakkolwiek przed nim uchronić.
Moje nogi i dłonie zatrzęsły się drwiąco, gdy smok otworzył paszczę, z gardła wyrzucając iskierki ognia. Jeszcze lepiej – poparzy nas ogniem prosto z pyska! Raptownie zaciągnęłam powietrze do płuc, zatrzymując je tam. Powiek jednak nie byłam w stanie zamknąć. Moje ciało zmuszało mnie do obserwowania każdego ruchu wokół mnie.
Nagle niebo rozbłysło rażącym, długim i grubym promieniem światła. Całe moje pole widzenia zostało pochłonięte przez żółtawą biel, oślepiając na tę chwilę. Tak wygląda moc tego stwora? Nawet nie będę niczego widzieć w ostatnich chwilach życia?
Nie. To nie był smok. To Duncan przeciął w pół potwora. Świetlnym promieniem swojej katany. Wbitej głęboko w glinę pod rudowłosym mężczyzną.
Co tutaj się właśnie wydarzyło?!
Wokół ostrza, na ziemi, jak i na samej broni, najróżniejszymi wzorami malowały się błyszczące, świecące runy. Od miejsca, w którym była wbita, prosto od katany, biegła szczelina przepaści, niekończąca się nawet w zasięgu wzroku. Jestem pewna, że liczy dużo długich kilometrów.
Ciało smoka, a raczej jego połówki, upadły tuż przed nami wraz z hukiem i lekkim trzęsieniem ziemi. Moje wargi automatycznie uchyliły się gdzieś w międzyczasie wszystkich wydarzeń, a skroplony pot na czole oraz karku spływał teraz swobodnie po lepkiej skórze. Wpatrywałam się głupio w martwe, idealnie przecięte na pół, ciało potwora, przerzucając co chwilę wzrok na Duncana. Jak?! Jak on to zrobił?!
Rudy zacisnął pięść na katanie i wyciągnął pobrudzone błotem ostrze z gleby. Co nie było wprawdzie takie trudne, ponieważ wystarczyło tylko wyciągnąć broń ze szczeliny, która nie była wcale taka cienka. Mężczyzna przeczesał palcami włosy, wyszczerzając zęby przyjacielsko, jakby nigdy nic się nie wydarzyło. Brwi wystrzeliły mi w górę. Instynktownie spojrzałam na Mędrca, który stał rozluźniony przed nami na małym pagórku, podpierając się o ścianę wraku samolotu. Uśmiechał się. Duncan mu zaimponował. Wcale się nie dziwię, to nie było zwyczajne pokazanie zdolności – nieźle się popisał. Przecież nie codziennie ktoś pokonuje ogromnego smoka - potwora – w trzy sekundy!
- Ładnie – żachnął się.
Prawdopodobnie nie spodobało mu się, że ma do czynienia z kimś tak silnym. I że nie pozbędzie się go tak szybko, jak myślał.
Duncan wzruszył ramionami.
- Hola, hola... – tym razem Esther zabrał głos – To nie było nic wielkiego – stwierdził zadziornie.
Ugryzł kciuk, tak samo, jak przedtem, gdy przyzywał smoka, i nakreślił krwią tajemnicze wzory na ziemi – tym razem kilkakrotnie powtarzając czynność. Zaśmiał się pod nosem, obserwując przestrzeń za nami. Od razu we trójkę się odwróciliśmy – i od razu spotkaliśmy się ze wzrokiem co najmniej sześciu gigantycznych stworów – nie tylko smoków, ale też i ogromnych węży. Ślina nagle zaczęła kwaśnieć mi w ustach, dlatego od razu ją przełknęłam. „Jakoś to będzie...” – próbowałam pocieszyć nas w myślach.
Nagle zauważyłam, jak Esther atakuje od tyłu Duncana, skacząc na niego.
- Co jest, Dunny?! Kiedyś miałeś lepszy refleks! – zaśmiał się brunet szyderczo.
Duncan zareagował o sekundę za późno, przez co wywrócili się razem, robiąc dwa fikołki, w trakcie których Duncan odpowiedział śmiechem na słowa obelgi. Prędko odzyskał refleks i odskoczył na odpowiednią długość od Esthera, zyskując czas na odetchnięcie oraz zeskanowanie wzrokiem przeciwnika. I już wtedy musiał wiedzieć, że Esther nie pozwoli mu odwrócić uwagi od siebie, bo zawołał donośnie:
- Ketia! Są twoje! – mając na myśli potwory.
- Biorę! – odkrzyknęła Keya z nutką determinacji.
Zaraz, zaraz – Ketia?! Zmarszczyłam brwi. Więc to jest jej prawdziwe imię? W takim razie to ją miał na myśli Duncan, kiedy się przedstawiał jako jej brat.
Czułam się chyba najgorzej ze wszystkich tutaj osób. Byłam za słaba, moje ciało i kondycja nie pozwalały, żebym jakkolwiek dołączyła się do ataku. Siedziałam więc głupio na trawie, oglądając te sceny walki. Keya kontra potwory. Duncan kontra Esther.
Co do tego ostatniego – odrobinę kłuło mnie w serce, że dotychczas ani razu nawet na mnie nie spojrzał. Traktował, jakbym nigdy nie istniała w jego życiu... Ciekawiło mnie również, jakim cudem odzyskał swoje ciało. Bo przecież dobrze pamiętam, że je stracił podczas przemiany w prawdziwego demona, prawda? Bądź co bądź, był lojalnym zawodowym partnerem. A jednak okazał się być kimś zupełnie innym... Nie powinnam myśleć w ten sposób. Nie powinnam myśleć, że mnie to uraża. Teraz próbuje zabić dwójkę moich towarzyszy! To wystarczający powód, żeby zapomnieć o jego „dobrej stronie”, dodatkowo, że taką jedynie pozorował. To zbyt niegodziwe, żeby sądzić inaczej...
Wstałam powoli na równe nogi w akompaniamencie głośnej wymiany zdań między mężczyznami oraz odgłosów ostrz i ścinanej skóry. Spojrzałam odruchowo na Reed, by zobaczyć, jak sobie radzi. Jej katana mieniła się od ślicznie prezentujących się wzorów run, jednak jej lekko poparzone dłonie sygnalizowały, że musi się śpieszyć z używaniem mocy broni, bo następne skutki mogą być gorsze.
Nagle poczułam się dziwnie. Bardzo dziwnie... Wszystko wokół mnie zgęstniało, cisza stała się wręcz przytłaczająca, powietrze stało się duszne. Panował nienormalny, stęchły zastój. Zupełnie tak, jakby zatrzymał się czas. Mój oddech ciążył mi na płucach, zaczęłam być niezwykle senna. Rozejrzałam się mozolnie wokół własnej osi i z niepokojem stwierdziłam, że wszyscy nagle zastygli w bezruchu – oprócz mnie. Czas... rzeczywiście się zatrzymał. Ale jakim cudem?
- Nie sądziłem, że Duncan stanie się taki silny... – męski, znajomy głos rozniósł się echem, jakby odbijając się od ścian sali gimnastycznej. To Mędrzec... – W Keyi nie widać gołym okiem tego potencjału. Ale posiada go więcej, niż ktokolwiek by się spodziewał. Jest lepsza, o wiele lepsza, niż widać na pierwszy rzut oka. Jestem pewny, że uda jej się to odpowiednio wykorzystać.
Dłoń ułożył na moim ramieniu, ale jej na nim nie ściskał. Stał tuż za mną, bardziej z prawej strony, i oglądał zamrożoną scenę walki mężczyzn oraz dziewczyny z potworami. Ja za to nie mogłam się prawie ruszyć, jakby całe moje ciało umieszczone było w wielkim smole albo bagnie, co umożliwiało mi tylko drobne ruchy. Ale nie czułam niepokoju – i to było najbardziej dziwne. Ogarniał mnie spokój, nawet jeśli dobrze wiedziałam, że Mędrzec może chcieć mnie teraz zabić.
- Esther też miał swojego rodzaju potencjał. Ale był typem człowieka, który do życia potrzebuje przewodnika. Osoby, która go poprowadzi. On nie umiał sam iść drogą przed siebie. Musiał mieć partnera, który będzie szedł o pół kroku przed nim, by wskazać, gdzie dokładnie mają się kierować. Przerosło go zadanie pilnowania cię. Nie potrafił poprowadzić cię do celu, jaki został mu rozkazany do wypełnienia. Ostatecznie załamał się i w takim stanie go spotkałem. Wyciągnąłem do niego rękę, którą złapał. Chciał, żebym był jego przewodnikiem. Nie obiecywałem mu tego, nie lubię uzależniać od siebie ludzi. Wskrzesiłem jego człowiecze ciało, oddałem moc przywoływania niższych poziomem od niego samego demonów, a on zaś podarował mi się cały. Bo widzisz, teraz ja nim się posługuję, on jedynie ma prawo głosu. Jest jak lalka, ja się nią bawię, mam nad jego ciałem kontrolę, on tylko może mówić. Wiem, że był twoim przyjacielem – musnął palcami tkaninę mojego ubrania na ramieniu – Ale on już dawno stracił poczucie własnej tożsamości. Jego... nie ma.
- Dlaczego mi to mówisz? – wykrztusiłam z siebie..
- Żebyś nie myślała o nim jak o swoim dawnym przyjacielu, partnerze, towarzyszu. Abasdarhon to nie Esther. Tego drugiego już dawno nie ma – odwróciłam do niego głowę, patrząc badawczo.
Dopiero teraz też mogłam przyjrzeć się mu z bliska. Długie, jasnobrązowe, wpadające w siwiznę włosy, blada, pomarszczona od słońca i starości skóra, na której gdzieniegdzie prześwitywały pojedyncze przebarwienia i oczy – zimne, stalowoszare, błyszczące się wiedzą, jakiej nie posiada nikt inny. Widać było po jego tęczówkach, że wie coś, o czym nikt nawet nie myśli. Jeśli nie spoglądnęłabym Mędrcowi w oczy, wzięłabym go za zwykłego, przeciętnego mężczyznę. Jednak z jego oczami było również coś nie tak – mimo iskierek mądrości przykryte były otoczką mgły, matowym dymem.
Zauważył, że badawczo go obserwuję, co skwitował zachrypniętym śmiechem. W całym jego głosie słychać było chrypkę, jakby mówił już tyle lat, że jego głos powoli zaczynał się ścierać. Nie dziwi mnie to, jako Mędrzec z pewnością ma za sobą długie lata ziemskiej wędrówki.
- Tak, moje ludzkie oczy są ślepe – stęknęłam w odpowiedzi ciche „oh”. Aż tak zdradziłam swoje przemyślenia? – Widzę tylko poprzez magiczne.
Nagle jego ręka posunęła się wzdłuż mojej szyi, powoli do góry, po twarzy, aż ostatecznie zatrzymał się na moim lewym oku, przykrywając go swoją dłonią. Uchyliłam wargi, jakby będąc zahipnotyzowana, nie zareagowałam najmniejszym ruchem.
- Kiedyś straciłem swoje ludzkie oczy i pozostała mi tylko ta nadnaturalna tkanka. Widzę, że masz takie oko, jakie ja kiedyś miałem – echo roznosiło słowa Mędrca, dodając mroczności jego głosowi.
Nagle oko, na którym trzymał dłoń, niebezpiecznie mnie zapiekło. Zapłonęło ogniem, jednak tylko na ułamek sekundy. Zakłuło mocno i okrutnie. Próbowałam odruchowo zasłonić je ręką, jednak napotkałam jedynie dłoń mężczyzny, który nie ściągnął jej z mojej twarzy, nawet pomimo iskierek płomienia.
- Wiedziałaś, że zostało zapieczętowane klątwą? – przełknęłam gorzką ślinę.
Milczałam. Przez niezwykle przedłużające się sześćdziesiąt sekund. Dlaczego pytał? Sam tego nie wie? Nie może się domyślić? Nie chcę odpowiadać... To jedyna rzecz, o której żałuję, że wiem...
- Nie próbowałaś poszukać kogoś, kto by ściągnął przekleństwo? – znów zapytał.
- Tego nie da się zdjąć – odpowiedziałam tylko, na co zareagował szczerym, przyjacielskim uśmiechem.
- Ależ da się. I mogę to dla ciebie uczynić – stwierdził, na co zmarszczyłam brwi.
- Dlaczego miałabym Ci ufać? Przyszłam tu z nim – kiwnęłam głową na Duncana – A on chce ciebie. Jestem twoim wrogiem. A ty moim... – ponownie krótko się zaśmiał.
- Nigdy nie powiedziałem, że jestem moim wrogiem. To, że nasłałem na was smoka poprzez Esthera nie znaczy, że mam was za przeciwników. To był test, czy jest sens w ogóle zwracać na was uwagę – posłał ciepły uśmiech, ale z nutą wyższości. Z sygnałem, że jednak nie jest na tym samym poziomie, co my.
- I tak po prostu zrzucisz klątwę z mojego oka? Bez żadnej opłaty? – na moje pytania się ożywił.
- Nie do końca. Nie umiem rzucać ani ściągać klątw – brew wystrzeliła mi w górę. Przed chwilą mówił coś zupełnie innego! – Ale potrafię „obchodzić” ich system.
- Co masz na myśli?
- Masz świadomość, że nawet jeśli jest tam utkwiona twoja moc i w tym oku przeważa energia demoniczna, to i tak wciąż masz ludzkie komórki, ponieważ inaczej nic na nie byś nie widziała?
- Chyba ktoś mi o tym wspominał...
- A więc jeśli pozbędziesz się ludzkich tkanek z tego oka, pozostaną ci jedynie te magiczne, które nie kolidują aż tak z twoją klątwą. Demoniczna moc będzie miała „czystszą drogę” do aktywowania się.
- Ale klątwa głównie oddziałuje na moją magiczną energię w oku – zmarszczyłam brwi.
- Jednak to jej ludzka część powoduje, że ani klątwa nie może w pełni zadziałać, ani w pełni nie możesz użyć swojej mocy – ściszył lekko głos, jakby chcąc, żeby echo w końcu przestało powtarzać jego słowa.
- W takim razie, czy klątwa jeszcze bardziej nie zacznie przeszkadzać?
- Będzie lżejsza niż w momencie, kiedy koliduje z ludzką częścią – zachęcał wciąż.
Wpatrywałam się w niego podczas prowadzenia ostrej gonitwy myśli. Wszystkie „za” i „przeciw” przelatywały mi przed oczami. Jaką decyzję podjąć?
- Jaką cenę będzie to kosztować? Ty także musisz coś z tego mieć, czyż nie? – podchwyciłam temat.
- Twoja cena to stracenie wzroku na lewe oko. Moja – odzyskanie go – i teraz zaczęłam rozumieć.
Zabierając ludzkie tkanki mojego oka, wszczepi w swoje, by zacząć widzieć. Natomiast ja je stracę, by klątwa osłabła. To miało sens... Ale czy się opłacało?
Cisza nie była nieprzyjemna. Ja siedziałam teraz w swoim własnym świecie, intensywnie wszystko przemyśliwując, a Mędrzec nie przeszkadzał, wiedząc, że teraz ważę jego wszystkie informacje. Nie wiedziałam, czy mu zaufać. Jednocześnie był kimś, komu można zaufać bezgranicznie (w końcu miał potężną wiedzę i doświadczenie), ale przy tym był kimś, komu nie można udać w ogóle (przecież całe jego życie musiało nauczyć go najróżniejszych sztuczek manipulacji i perswazji).
Jednak powoli podsumowując moje rozważania, dochodzę do wniosku, że minus jest tylko tak naprawdę jeden – jeśli okaże się, że to wszystko było kłamstwem. Chodziło tylko o oko, a przecież mam jeszcze drugie.
- W takim razie... zgadzam się.
Jestem pewna, że wszystko zaplanował wcześniej. Nie wierzę, że jego pomysł wyszedł spontanicznie. Już jak mnie zobaczył w jego głowie musiała zakwitać taka myśl. W końcu wreszcie odzyska wzrok.
- Cieszę się.
Wstał na równe nogi, co ja także uczyniłam zaraz po nim. Nawet nie zarejestrowałam momentu, w którym siadaliśmy obok siebie na trawie – musiałam być zbyt zamyślona. Westchnęłam. Być może nie powinnam decydować się w takich warunkach, zresztą tym bardziej, że ogarnia mnie teraz dziwny spokój, wywołany jego zatrzymaniem czasu. Jednak... Okazja taka jak ta się nie powtórzy.
Po prostu stanął przede mną i kłem zranił swojego kciuka. Z rany od razu zaczęła wypływać gęsta, bordowa krew, którą rozmazał na całym opuszku. Podniósł dłoń i przykładając kciuk do mojego lewego oka, zaczął kreślić na nim tajemnicze, krwiste wzory. Wypowiadał dziwne słowa, dopóki oko nie zapłonęło. Jednak szybko płomień ugasł. Kiedy skończył, nie czułam nic. Posłał mi uśmiech, ale miałam wrażenie, że był on okropnie drwiący.
Wtedy także wznowił czas. I doszły do mnie ponownie dźwięki walki, oddech wrócił do normalności, a powietrze stało się rześkie. Zaatakowały mnie jedynie boleśnie wszystkie uczucia oraz emocje, jakich powinnam doznać podczas rozmowy z Mędrcem. Boleśnie, bo zakłuły mnie aż w klatce piersiowej. Na szczęście szybko minęły i ponownie wtopiłam się w neutralne uczucie.
Ale dopiero moment później poczułam, że coś jest ze mną nie tak. Oko mnie bolało, ale jedynie ćmiło. Powoli zachodziło mgłą, która zamazywała mi obraz, dopóki nie był na tyle rozmazany i zadymiony, że nic nie widziałam. Czułam, że coś mnie opuszcza, jakąś małą cząstka energii. W którymś momencie przestały dochodzić do mnie jakiekolwiek bodźce – dźwiękowe, czuciowe, widzialne i inne. Po prostu moje zmysły przestały na chwilę pracować.
Nie mam pojęcia, ile trwałam w tym transie, podczas którego byłam w jakimś zupełnie innym świecie, wymiarze, pustym i totalnie nijakim. Kiedy jednak wróciłam do otaczającej mnie rzeczywistości, zaskoczyło mnie, że Keya i Duncan zmierzają do nas szybkim krokiem. Za rudowłosym krewnym zauważyłam rozpływającą się plamę krwi, a na niej leżącego Esthera. Martwego Esthera. Zabitego z rąk Duncana, którego katana błyszczała do porannego słońca kroplami krwi nieżywego już bruneta. Choć.. chyba powinnam powiedzieć - Abasdarhona... Odwróciłam wzrok od obrazu zwłok, by wymazać je jak najszybciej z pamięci.

Kiedy Duncan był już tuż przed nami, wymierzył broń w kierunku Mędrca, jakby chciał zaznaczyć, że on także zaraz zostanie powalonym. Ja za to, obserwując ich z ograniczonym polem widzenia, nie mogłam wydobyć z siebie najmniejszego ruchu.
- Duncan, Keya, Sitia – wzruszył ramionami, śmiejąc się „przyjacielsko” – Powodzenia! – powiedział tylko.
Po czym rozpłynął się w powietrzu. Dosłownie. Usłyszałam tylko dźwięk machnięcia ostrzem, które wytworzyła Keya, próbując w desperacji zranić Mędrca, gdy ten zaczął znikać, jednak było już za późno. Po prostu nam uciekł. Nie udało nam się go złapać. Rozpłynął się. Znikł.
- Niech go szlag! – mimo że Duncan mówił z akceptacją porażki w głosie, uśmiechał się szyderczo, jakby w głowie od razu planował coś nowego.
Jego tęczówki błyszczały psychopatycznie, a ogniki ekscytacji podsycały ich z lekka niepokojący obraz. Wyglądał, jakby dostał dawki obłędnej i niepowstrzymanej determinacji. Jak polujące zwierzę, które nakręca się jeszcze bardziej, kiedy ofiara mu ucieka.
Keya także zaśmiała się cicho, ale furiacko, łapiąc się za skroń. Chyba nie dowierzała absurdowi sytuacji.
- Tyle poświęciliśmy sił i czasu, żeby tak po prostu nam znikł? – westchnęła gorzko.
- Ketia – spojrzał jej głęboko w oczy – Tylko dzieci ryczą nad rozlanym mlekiem – skinęła głową, bo spojrzenie rudowłosego było pouczające, surowe, jakby wygłaszał jakąś zasadę kodeksu prawnego i wymagało potwierdzenia, że się go zrozumiało.
Nagle dziewczyna schyliła się, podnosząc coś z podeptanej trawy.
- Kosmyk włosów Mędrca? – oznajmiłam pytająco, a moja brew automatycznie się podniosła.
Duncan parsknął.
- To ci się udało, Ketia – parsknął jej brat i nagle oczy mu się zaświeciły – Nawet bardzo Ci się udało! – dodał.
- A coś ci to w ogóle da? – wyrzuciła kpiąco.
- Więcej niż myślisz. To może być dla nas szansa – mówiąc „nas” jestem pewna, że w ogóle nie miał na myśli naszej trójki – Zbadamy jego kod genetyczny. Może wreszcie odkryjemy, kim naprawdę jest... – zadziornie się uśmiechnął.
- Albo czym – dodała Keya.
- Albo czym – skinął głową Duncan i powtórzył jej słowa.
A ja czułam się dziwnie, chciałam przed nimi zniknąć, bo wiedziałam, że wkrótce zapytają, co chciał ode mnie Mędrzec, kiedy do mnie podszedł. Atakowało mnie poczucie winy. Jakbym nie powinna była rozmawiać z Mędrcem, a co dopiero zawierać z nim jakiś a'la kontrakt. Jakbym zdradziła towarzyszy, porozumiewając się z ich wrogiem, a nawet oddając cząstkę siebie.
Wymusiłam uśmiech, przez który z pewnością prześwitywał mi grymas niezadowolenia. Nie czułam się w ogóle lepiej, wydarzyło się zbyt wiele w zbyt krótkim czasie.
Komentarze
Prześlij komentarz