Pozorna wolność
Oglądałam przez chwilę zadowoloną twarz Rudego, obserwując, jak wygina usta w wymownym uśmiechu. Na jego czole lśniły krople potu, a klatka piersiowa unosiła się wciąż w szybkim tempie. Mokre końcówki włosów okalały jego policzki i czoło, a niebieskie oczy wpatrywały się teraz w znalezione przeze mnie źródło DNA.
Wewnątrz mnie wciąż buzowało mnóstwo różnych emocji. Od strachu po ekscytację. Mieszały się ze sobą tworząc we mnie pewne nowe spojrzenie na ten świat, pełen nieoczekiwanych niespodzianek. Spotkanie z potworami zdecydowanie na długo zapadnie mi w pamięci. To nie było wydarzenie, które tylko muśnie bezmyślnie wspomnienia. Wręcz przeciwnie. Wyryje się głęboko w umyśle, przypominając o odczuciach i zmęczeniu.
Wypuściłam głośno powietrze, zamykając na chwilę oczy. Zimny powiew wiatru powoli się ocieplał, zdecydowanie zapowiadało to upalny dzień. Dłonie wciąż paliły. Ból przeszywał mnie aż do ramion, gdzie ostrożnie odpuszczał, ale nasilał się znów w obrębie lędźwi. Poparzona skóra na długo nie pozwoli mi na spokojny sen, będzie mnie nękać i znów pojawią się koszmary.
Jęknęłam głośno, unosząc powieki i spoglądając teraz wprost na siedzącą przede mną dziewczynę.
Coś się w niej zmieniło. Musiałam mrużyć oczy, aby skupić na niej lepiej wzrok. Wyglądała nad wyraz spokojnie, a jednak miałam wrażenie, że wytwarza wokół siebie coś nowego. Intuicja się obruszyła, nakazując mi zwiększenie ostrożności.
- Dobrze się czujesz? – przerwałam chwilową ciszę.
Zwróciła twarz w moją stronę, obdarzając mnie ukradkowym spojrzeniem. Jej wzrok zaraz po tym sięgnął gdzieś dalej, może nawet na chwilę stał się nieobecny. Jakby szukała odpowiedzi zbyt daleko, aby w ogóle ją pochwycić.
- Tak, nic mi nie jest. Nadal czuję się trochę słabo, ale wszystko mi przechodzi.
Jej kąciki ust minimalnie się uniosły, nie ozdabiając jej twarz w uśmiech. Powiedziałabym nawet, że wydała się teraz smutna. Przygryzłam dolną wargę, oglądając jak promienie wschodzącego słońća powoli oświetlają jej nieskalaną skazą skórę. Biel włosów zalśnił, a szarość tęczówek się pogłębiła.
Na chwilę wstrzymałam oddech. Coś podpowiadało mi, że kłamie. Może to intuicja, a może wyuczone łgarstwo, którego doszukuje się nawet u innych osób.
- Co ci mówił? – mężczyzna u mojego boku nie zamierzał najwyraźniej być delikatny.
Od razu poruszył temat, który i mnie mocno ciekawił. Nie wiedziałam ile czasu Sitia spędziła z Nieznajomym. Tym bardziej o czym mogli rozmawiać, ani nawet nie potrafiłam wysnuć jakichkolwiek podejrzeń. Byłam zbyt pochłonięta walką, zaślepiona zabijaniem, żeby oglądać się na towarzyszkę.
I w tym momencie ukłuło mnie poczucie winy.
To przez naszą dwójkę straciła właśnie przyjaciela, nie mogąc z nim nawet porozmawiać.
To przez naszą dwójkę została w to wszystko zamieszana.
Nawet jeśli nie dawała po sobie znać o uczuciach, które w niej buzowały – miałam wrażenie, że kiedyś obudzi się w niej nienawiść. Mędrzec mógł zrobić jej krzywdę, dlaczego więc oboje straciliśmy ją z oczu? Duncan nie poruszał ze mną tego tematu, ale miałam wrażenie, że Sitia jest dla niego wartościowa. I zamierzałam poznać powód, dlaczego tak miałoby być.
- Daj jej teraz spokój. – zaprotestowałam, dotykając ramienia chłopaka, który teraz głośno westchnął.
Obrócił twarz w moją stronę, przeszywając moje ciało swoim zimnym i ostrym jak brzytwa spojrzeniem.
- Straciła przyjaciela, niedawno jakieś debile się nad nią znęcały… - zacisnęłam mocniej palce na jego skórze, ściszając głos. – Na przesłuchania przyjdzie jeszcze czas, teraz musimy odpocząć. – na chwilę przeniosłam spojrzenie na dziewczynę. – Zresztą ty też jesteś nam winny wyjaśnień.
Wtedy dziewczyna obdarzyła mnie spojrzeniem, które sprawiło, że na chwilę zamarłam. Na jej twarzy zalśnił pierwszy poranny promień, podkreślając to, co wcześniej skrywał wczesny półmrok.
Przełknęłam ślinę, obserwując jej lewe oko. Tęczówka jakby straciła kolor, matowieć się i gubiąc blask. Wyglądało na martwe, pozbawione zawczasu życia. Wcześniej takie nie było, zupełnie się zmieniło. Miałam wręcz wrażenie, że patrząc w nie zaglądam w zimną i ciemną otchłań. Dreszcz mimowolnie roznosił się po mojej skórze, jakby chciał uprzedzić przed czyhającym niebezpieczeństwem.
Na powiece za to rozchodziła się rana, niemal już zasklepiona i bardziej przypominająca bliznę. To było jeszcze mocniej zastanawiające, bo jeszcze zanim tutaj przybyliśmy czegoś takiego nie miała.
Z góry skapnęła poranna rosa, głaszcząc zranioną i naznaczoną skórę dziewczyny. Majestat mieszał się ze skrytym cierpieniem, a otoczenie podkreślało ten paradoks.

wyobraź sobie, że to lewe XD
Coś się tutaj wydarzyło i wcale nie wyglądało na to, że to coś dobrego. Wręcz przeciwnie. Dla mnie to była oznaka kolejnych kłopotów.
- Nie ma czasu na słabości – uprzedził, wzdychając.
Jego twarz jednak złagodniała, a wzrok powędrował w miejsce, które i mnie przyciągało. Widziałam jak minimalnie mruży oczy widząc znamię na jej powiece. Nie wspomniał o tym jednak na głos, najwyraźniej obierając taką samą taktykę, jak ja.
Nie czekałam dłużej na dalsze rozważania, to nie miało większego znaczenia. Ciekawiło mnie jedynie co straciła i jakim kosztem, a co być może zyskała.
- Przepraszam was… ja… - jej głos w jednej chwili się załamał.
Sitia powoli osunęła się na ziemię, a tylko moja szybka reakcja uchroniła ją przed definitywnym upadkiem. Zmartwiona wzięłam ją w ramionach, układając jej głowę na ramien5iu. Nie straciła jednak przytomności, ciężko oddychając.
- Nie przepraszaj, nie masz za co – uprzedziłam, dotykając dłonią jej czoła. – Jesteś rozpalona. Musimy szybko cię stąd zabrać.
Jak na niewidoczny znak podszedł Duncan, odbierając ode mnie wymęczoną dziewczynę.
* * *
Położył ją na wielkim łożu, ostrożnie układając jej głowę na aksamitnej poduszce. Biel jej włosów mieszała się z kolorem materiału, a ja wciąż przyglądałam się wyżłobionej bliźnie na powiece.
Skoro wcześniej nic takiego nie miała, a nie brała również udziału w walce, wysnułam podejrzenie co do Mędrca. Nie wyglądała jednak na kogoś, kto walczył z nim o życie.
Usiadłam na skraju łóżka, napawając się dotykiem miękkiego materacu i kołdry. Znajdowaliśmy się w pokoju Duncana, zajmując teraz jego osobiste łóżko. Nie wyglądał na takiego, któremu to bardzo przeszkadza, ale w jego oczach tliły się jasne iskierki. Badawczo obserwował Sitię, a ja byłam pewna, że za każdym spojrzeniem kryją się podobne do moich myśli.
- Tina za niedługo tu przyjedzie, zajmie się nią. – oznajmił chłopak, łapiąc się za jedną z ram baldachimu.
Powędrowałam wzrokiem na jego dłoń, oglądając następnie pięknie zdobione i dobrane do siebie tkaniny. Ktoś urządził ten pokój w bardzo dystyngowany i przemyślany sposób. Czyżby kobieta?
- Musi to być ona? – mruknęłam, niechętnie przyjmując do wiadomości jego propozycję.
Może i miała potrzebne nam teraz moce, ale czy na pewno była lojalnym podwładnym? Nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia, a to już o czymś świadczyło.
- Jak milutko – usta Duncana powoli wygięły się w uśmiechu – Zaczynasz martwić się o naszą Księżniczkę…
Cichy śmiech wydobył się z jego gardła, na co jedynie przewróciłam oczami. Mimowolnie sięgnęłam wzrokiem na jej pogrążoną w spaniu twarz.
Faktycznie mogłaby być wysoko urodzoną kobietą, oddaną w ręce służby i wyszkoloną na władcę. Nawet jej gest, czy sposób mówienia był dość specyficzny. Nie wiedziałam jednak nic na temat jej rodziny, a ona sama nigdy o tym nie rozmawiała.
Właściwie to nasza relacja nie istniała. Opierała się jedynie na konieczności pewnych wydarzeń, więc nie miałyśmy czasu poznać siebie w bliższy sposób. Mogłam jednak zauważyć, że z pewnością nie należy do tuzinkowych i przeciętnych osób. Nie łączyło nas w zasadzie nic, a jednocześnie zdążyłyśmy już nauczyć się pewnych swoich nawyków, czy sposobu bycia.
- To źle? – postanowiłam kontynuować jego grę, nie do końca jednak wiedząc, jaka jest jej stawka. – Kanda wspominał, że powinnam być jej oddana. Albo przynajmniej mówił o tym w sposób dość…
- Może kiedyś sobie przypomnisz. – wzruszył jedynie ramionami, odwracając się następnie plecami do nas z zamiarem wyjścia.
- Obiecałeś, że o wszystkim nam powiesz – nadęłam wargi, niezadowolona z jego ominięcia tematu.
- Słowo nie może być obietnicą. – zaśmiał się, machając ręką na odchodne.
Jęknęłam, opadając obok białowłosej na łóżku. Dłonie wciąż mnie paliły, przypominając o zaciętej walce z tymi potężnymi i majestatycznymi stworzeniami. Bardziej teraz jednak interesowało mnie to, czy obok mnie leży sprzymierzeniec, czy może wróg.
I leżałam tak w ciszy, nasłuchując oddechu towarzyszki aż do momentu, w którym pojawiła się Tina. Wpadła do pomieszczenia z głośnym hukiem, stawiając mnie niemal od razu do pozycji siedzącej. Ogarniając pokój spojrzeniem zauważyłam, że Sitia stoi o własnych siłach pod oknem na ścianie, kierującej się na zachód.
Słońce oświetlało jej sylwetkę w donośny sposób, podkreślając każdą część ciała. Włosy falowały lekko pod wpływem lekkiego powiewu wiatru. Nie mogłam jednak dostrzec wyrazu jej twarzy, co również uniemożliwiało mi odczytanie jej emocji.
- Czemu nie leżysz?! – powiedziałam to nieco głośniej niż zamierzałam, przez co uwaga obu dziewczyn skierowała się właśnie na mnie. – Powinnaś mnie była obudzić.
- Próbowaliśmy, ale jaśnie pani nawet nie potrafiła przekręcić się na drugi bok. – Tina wtrąciła się w momencie, w którym chciałam dopowiedzieć coś więcej.
- Co? – musiałam mrużyć oczy, kiedy przy próbie uniesienia się z łóżka, uderzyły we mnie mocne promienie słońca.
- Przespałaś całą dobę, a ja musiałam zając się wami obiema, a to nie jest moim obowiązkiem.
Czarnowłosa posłała mi nienawistne spojrzenie, pod którym się jednak nie ugięłam. Pokręciłam jedynie z niedowierzaniem głową, spoglądając na obandażowane dłonie. Fatycznie ból oparzeń zelżał.
- Twoim obowiązkiem jest wykonywanie rozkazów, nie ich kwestionowanie. – natychmiast zauważyłam napiętą żyłkę obok jej skroni, świadczącą najwyraźniej o zdenerwowaniu.
- Nie myśl sobie, że tak łatwo nade mną zapanujesz. Jesteś zbyt słaba, żeby nami przewodzić. – w jej głosie wciąż istniał niezachwiany spokój. Nawet mimo tego, że mowa ciała zupełnie temu przeczyła.
Nie zrozumiałam jednak co ma na myśli, więc jedynie zacisnęłam usta w wąską linię. Powoli wstałam, kierując się wprost przed Buntowniczkę. Nie podobał mi się jej wyraz twarzy, a wzrok jakim mnie darzyła był dla mnie jawnym przejawem braku szacunku.
W jednej chwili moja dłoń wylądowała na jej policzku, powodując gwałtowne odrzucenie jej głowy. Złapała się za czerwone teraz miejsce, spoglądając na mnie spod roztarganych na twarzy włosów.
- Wyjdź – rozkazałam, odwracając się do niej plecami.
Wypuściłam głośno powietrze, czując siłę uderzenia na własnych dłoniach. Paliło i nawet opatrunek nie mógł tego zatuszować. Rozluźniłam się dopiero wtedy, kiedy kroki odchodzącej Tiny ucichły, a w pokoju rozległo się głośne trzaśnięcie drzwiami.
- Dość brutalnie – zauważyła z prychnięciem Sitia, nieznacznie przekręcając ciało w moją stronę.
Wzruszyłam ramionami, podchodząc do niej i stając zaraz obok. Mogłam teraz dokładnie obejrzeć obiekt jej zainteresowania.
- Jak się czujesz? – zapytałam, ignorując wcześniejszy temat.
- Jest lepiej, chyba… - cicho się zaśmiała, na co pokręciłam z niedowierzaniem głową.
Moja dłoń wylądowała na jej ramieniu, ale pozwoliła mi na ten dotyk, obdarzając mnie łagodnym uśmiechem. Wzrokiem jednak oglądałam widok za oknem. Podziwiałam rozciągające się w oddali wzgórza, oświetlone teraz przez mocno palące słońce. Niżej, na betonowym placu znajdowało się kilkanaście osób. Wszyscy ubrani na czarno, wymachując w dłoniach czymś podobnym do szabli. Nieco bardziej z przodu, wyraźnie się odznaczając musiał stać ich trener, bo uważnie obserwował grupę i nawet do nas dolatywały szczątki jego krzyków. Ruda czupryna ruszała się wraz z nim, ale byłam pewna, że to nie Duncan.
Chciałam poruszyć kolejny temat, zapytać o Mędrca i ich spotkanie. Dziewczyna jednak mnie ubiegła, odwracając się w pełni twarzą w moją stronę.
- Duncan prosił, żebyśmy do niego przyszły kiedy się obudzisz. – cofnęłam swój uścisk, obserwując teraz spokojny uśmiech na twarzy białowłosej – Miała nas zaprowadzić Tina, ale…
Przerwała, znacząco na mnie spoglądając. Zaśmiałam się lekko, machając jedynie schowaną pod bandażem dłonią.
- Najwyżej trochę zwiedzimy tę fortecę – wzruszyłam ramionami, kierując się do wyjścia z pomieszczenia.
Nie musiałam czekać na dziewczynę, bo natychmiast ruszyła za mną. Kierowałyśmy wzdłuż korytarza, obserwując nowe ozdoby i odkrywając kolejne pokoje. Mijaliśmy piękne portrety, czasem nawet przystając, aby dokładnie przyglądnąć się namalowanej osobie.
Było to naprawdę zaskakujące, bo zgodnie z zapiskami niektóre obrazy pochodziły jeszcze za czasów wojny. Farba widocznie się różniła, a kolory stawały się wyblakłe. Wszystkie twarze jednak były mi obce, aż do momentu, w którym doszłyśmy do końca korytarzu. Tam wpełzłyśmy do kolejnego pokoju, gdzie znajdowało się biuro.
Wielkie ciemne biurko, za nim szafki skrywające książki i tajemnicze teczki. Na ścianie za to znajdowały się kolejne portrety, większe i bardziej imponujące. Każda twarz tutaj wydawała mi się znajoma, ale jednocześnie mocno obca. Tylko jedna na dłużej przykuła mój wzrok. Zauważyłam w niej pewne podobieństwa, co do Sitii. Rysy twarzy, szare oczy i dostojna postura kobiety natychmiast przywodziły do mnie pewne myśli. Kobieta siedziała ubrana w piękną, bufiastą suknię. Kim mogła być?
Nie zdążyłam cokolwiek powiedzieć, czy też się zbliżyć do malowidła. Drzwi do pomieszczenia się otworzyły, a w nich stanął Duncan.
- Miałyście przyjść na dziedziniec – powiedział, przykuwając wzrok nas obu.
Westchnęłam głośno, obserwując jego sylwetkę. Był teraz półnagi, zupełnie pozbawiony górnej części ubrania. Na jego ramionach leżał biały ręcznik, a włosy nadal zdradzały fakt, że musiał się niedawno myć. Kilka kropli spłynęło na jego umięśnione ciało, podkreślając piękny tors.
- Przypakowałeś! – zauważyłam, uśmiechając się cwaniacko.
- Zapraszam, siadajcie. – wskazał ruchem dłoni na dwa umieszczone obok siebie fotele.
Przelotnie spojrzałam na Sitię, która jedynie przygryzła delikatnie dolną wargę.
- Jeśli chciałabyś wejść do naszej rodziny – zaczęłam, kiedy zajęłyśmy miejsca. Mówiłam szeptem, nachylając się nad lewym bokiem dziewczyny – Masz ode mnie zielone światło, ale Duncan to kobieciarz. Uwielbia wykorzystywać swoje uroki…
Przerwało mi mocne chrząknięcie.
- Problem w tym, że ona… - zaczął, siadając przed nami na krawędzi biurka.
- Czemu podsłuchujesz? – nadęłam policzki, powoli wstając ze swojego miejsca. – Mówiłam do Sitii, a ty mógłbyś się chociaż ubrać zanim zamierzasz z kimś poprowadzić rozmowę.
Zbliżyłam się do chłopaka, siadając zaraz obok. Powędrowałam dłońmi na jego talię, popychając go następnie tak, że stanął naprzeciwko Sitii. Ta uniosła jedną z brwi, nieco przekręcając głowę w lewo. Zauważyłam, że od rana tak robi, kiedy na coś spogląda. Tak, jakby jej lewe oko nie do końca wszystko widziało.
- No dalej, mów o co chodzi – ponaglałam chłopaka, który jedynie głośno westchnął.
- Ona już należy do naszej rodziny. Jest naszą siostrzenicą. – chłopak założył dłonie na biodra.
- Siostrzenicą? – nasze głosy się pokryły, znacząco się unosząc.
I potem wszystko nagle się wyjaśniło, tworząc jednocześnie nowe zawirowania. Obraz, który wcześniej przyciągnął mój wzrok miał przedstawiać moją siostrę. Matkę Sitii.
- Twój ojciec to szanowany Demon, przewodzi Armii Demonów i jest jednym z Pierwotnych – kontynuował, podczas kiedy ja już dawno osunęłam się w fotelu, niedowierzając. – To nasz wróg, a ty jesteś jego jedynym dzieckiem. Poza tym masz w sobie królewską krew. Jego wolą było to, abyś zrzeszyła ludzi mu poddanych i była ich królową. Do tego byłaś szkolona.
To co mówił wydawało się wielką abstrakcją. Czymś odrealnionym i niepojętym. Nie mógł jednak kłamać. Wspomnienia może i były we mnie jak urywki, ale widziałam ją wtedy, jako dziecko. Jej ruchy, jej życie i to, co mówił Kanda o mojej służebności do wyższych celów. Wszystko się łączyło.
- Nasza siostra go kochała, miała dać nam upragniony rozejm – wytarł włosy, odrzucając na bok ręcznik. – Tylko, że nasz ojciec wcale nie chciał grać czysto i uczciwie. Chce cię zabić Sitio. Gdyby dowiedział się, że ci pomagam…
Zaśmiał się. Emanował spokojem, nawet mimo tego, co właśnie mówił.
- Oddasz mu ją? – zapytałam, zaciskając bolące dłonie na podparciach w fotelu.
- Chcę odebrać mu tron, więc nie ma takiej opcji – burknął, wyraźnie zdeterminowany.
- Dołączysz do nas Sitio? – wstał i podszedł do dziewczyny.
Spoglądał na nią łagodnym, ale pewnym siebie wzrokiem. Nie było w tym krzty narzucania, ale odmowa z pewnością byłaby dla niej zagrożeniem.
- Masz godzinę na decyzje. Kanda przyjdzie do waszego pokoju, jeśli się zgodzi ma dla ciebie zadanie. Będzie twoim ochroniarzem i sługą. Lepiej żebyś nie odmawiała – posłał jej uśmiech.
Nachylił się nad dziewczyną, głaszcząc ją po lewym policzku. Ona za to twardo obserwowała jego twarz, a może nawet lekko się uśmiechała. Odsunął się po chwili od niej.
- Przepraszam teraz, ale muszę wracać do pracy. Włosy Mędrca czekają na analizę – pokazał białe, proste zęby, po czym po prostu wyszedł.
2 LATA PÓŹNIEJ
Katana zalśniła, a jej ostrze pokryło się złotymi runami. Rozświetliło to drogę przed nami, ale mrok wciąż pozostawał niesamowicie gęsty. Obrzeża światła były ostre i niebezpieczeństwo tylko czekało, aż zobaczy dogodny moment.
- Trzymajcie się blisko mnie – rozkazałam, twardo i pewnie siebie krocząc przed siebie.
Żaden członek mojego oddziału się nie odzywał, posłusznie krocząc za moimi plecami. Ci ludzie posiadali w sobie sporo determinacji, ale brakowało im lepszego wyszkolenia. Nie mogłam jednak pozwolić sobie na straty, nie w obecnej sytuacji.
Zatrzymałam się, klnąc pod nosem. Przez nieuwagę jedna z dziewczyn wpadła na moje plecy, przez co głośno ją upomniałam. Jej postawa zdradzała strach. Zdecydowanie nie powinna się tu ze mną znajdować.
Przed nami rozpościerał się mrok, a w nim czekała na nas cisza. To był znak, którego nie mogłam zignorować.
- Wracamy, ten magazyn to pułapka. – zarządziłam, po czym zaczęliśmy się wycofywać.
Kiedy znalazłam się na powierzchni, uderzyło we mnie palące słońce. Przetarłam czoło, zrywając połączenie z kataną.
- Ostatni raz idziecie ze mną. – poinformowałam wzdychających z ulgą ludzi przed sobą.
Minęłam ich, kierując się dalej, aż do samochodu, który był zaparkowany dwie przecznice dalej. Ta część miasta była opuszczona, a ludzie tutaj żyli w strachu. Większość tych, którzy zostali byli jedynie głupimi pijakami, albo bezdomnymi. Cudem przeżywali kolejne noce, uciekając przed potworami.
To stało się rok temu. Wtedy pojawiły się groźne potwory, czające się w głębinach ciemności. Nikt nie wiedział, jak powstają. Nadal pozostawało to zagadką, a oni się rozrastali. Podejrzewaliśmy Demony. Mogli stworzyć nową broń, a wojna jedynie się zaostrzała. Teraz to my byliśmy w potrzasku, byliśmy Łowcami.
Wbiłam pierwszy bieg, ruszając do budynku kwatery głównej. Zostawiłam żółtodziobów za sobą, ale dobrze wiedzieli, gdzie uciekać. Ja za to musiałam wracać do Duncana, aby ostrzec, że ostatni raz zabieram pod skrzydła takie dzieciaki.
* * *
Pokonywałam kolejne metry dość szybko, krocząc przez korytarz i mijając kolejne drzwi, z których dobywały się głosy. To miejsce było dość specyficzne, ale znajdował się tutaj główny punkt dowodzenia. Miasto widmo, jednocześnie tętniące życiem na swój sposób.
Miejsce szkoleń nowicjuszy i miejsce spotkań najlepszych żołnierzy. To tutaj ustalano najważniejsze decyzje Armii Ludzkości, choć mojego Ojca nadal nie udało mi się spotkać. Dobrze wiedział, co powinien robić. Nie chciał dać się wykończyć, wiedział gdzie i jakich ma wrogów. Mimo tego nadal rządził, nadal sprawował władzę i nikt nie śmiał się mu sprzeciwić.
Nacisnęłam gwałtownie na klamkę, wparowując do środka niczym burza.
- Chce pracować sama, nie dam rady z nimi… - przerwałam, zatrzymując się we framudze drzwi.
Na kanapie siedział Duncan, a obok niego siedziała dobrze znana mi dziewczyna. Jej białe włosy zafalowały, kiedy się na mnie spojrzała. Jej szare oczy obrzuciły mnie przeszywającym spojrzeniem, a uśmiech ozdobił piękną i tak twarz.
- Sitia?! – krzyknęłam, odwzajemniając łagodny wyraz twarzy – Kopę lat!
Zaśmiała się, a kiedy podeszłam, rozczochrałam jej włosy. Były teraz zdecydowanie dłuższe, mimo, że upięła je teraz w eleganckiego koka. Wyglądała dostojnie i dojrzale, jak prawdziwa dama.
- Zmieniłaś się. – zauważyła.
Zadziornie pokazałam zęby, okręcając się wokół własnej osi. Faktycznie ścięłam włosy, zmieniłam strój i w końcu wyrobiłam sobie dobrą formę.
- Dziękuję, mam nadzieje, że na lepsze – odparłam radośnie.
- Coś się kończy, coś zaczyna – dziewczyna odwróciła głowę tak, że mogłam zobaczyć jej oko.
Mgła z niego nie zeszła, wciąż pozostawała jak trwałe naznaczenie.
- Raczej nic dobrego… - jęknął mężczyzna przy oknie, którym okazał się Kanda.
Zbliżyłam się do niego, obejmując go w tali i wtulając głowę w jego bok, poczułam jak dostałam uderzenie z łokcia w policzek.
- Też się stęskniłam… - mruknęłam, nadal kurczowo się niego trzymając i pocierając obolałe miejsce.
- Co was tu sprowadza? – Duncan w końcu poruszył temat, który tak naprawdę miał być najważniejszy.
Sitia z Kandą popatrzyli po sobie, a ja biegałam wzrokiem po obojgu, szukając wyjaśnienia na ich twarzach. Duncan nigdy nie chciał mi wyjaśnić, gdzie zniknęła białowłosa i w jakim celu. Nie wiedziałam nawet, czy w końcu mamy w niej sprzymierzeńca, czy nie.
Wiedziałam tylko, że jest szpiegiem i przyszłą królową. Skarbem i zagrożeniem, kolejnym które czyhało za rogiem. Dlatego dla nas obu było tak ważne to, żeby mieć ją po swojej stronie. Wszystko jednak należało do niej. Miała w sobie nić przeznaczenia, mogąc nią kierować i skazywać kolejno osoby. A ja nie mogłam nic zrobić, jak tylko się poddać. Co zatem zrobi?
<Sitio? :3>
Komentarze
Prześlij komentarz