Przebudzenie

 DARIUS

 


   Zadygotałem, czując wzmożony powiew wiatru. Naciągnąłem na nos kawałek szalika, mimo, że miałem świadomość, że nic to nie da. Mróz zaczynał być coraz silniejszy, a Zima jasno zwiastowała swoje nadejście.
   Uniosłem prawą dłoń, schowaną za grubą rękawiczką, próbując uchwycić spadające na ziemie płatki śniegu. Wirujący, delikatny, a zarazem piękny wytwór po chwili osiadł na mojej ręce. Każdy z nich był wyjątkowy, każdy posiadał w sobie coś niezwykłego. Zupełnie jak my, Wygnańcy.
   - Słyszałem, że czeka nas ciężka zima. – mruknęła kobieta znajdująca się za moimi plecami.
   Jej ciało dygotało, a zdradzała to mowa, poprzedzona szczękaniem zębów. Słyszałem, jak ociera ramiona, jakby ten gest miał przywrócić jej ciepło.
   - Nie bardziej niż zwykle. – mruknąłem, ignorując jej zachętę do pogawędki.
   Oczami wyobraźni zobaczyłem, jak przewraca oczami i kręci głową. I nie tyle, że z niechęci do mnie, a niemocy na moje zachowanie. Mimo, że to ja należałem do niej i podlegałem jej rozkazom – dała mi wolną rękę. Zawsze zastanawiało mnie, czy bardzo tego żałuje.
   - Mam złe przeczucia… - mruknęła niepewnym głosem.
   Wyprostowałem się nieco, przyciągając dłoń do twarzy, aby lepiej przyjrzeć się napotkanym dzisiaj płatkom śniegu. Ich krańce różniły się  w niewielki sposób, a jednak każde na nowo wzbudzało mój zachwyt.
   - Dlaczego? – poprawiłem pas przy spodniach, ruszając stromym zboczem w dół.
   Kobieta musiała krzyczeć, aby dotarły do mnie jej słowa.
   - Zbyt długo pozostajemy w neutralnych stosunkach z pozostałymi! – niemalże jej nie słyszałem. – To niemożliwe.
   Przystanąłem, aby zaraz potem poczuć, jak niewiasta odbija się od moich pleców, wprawiając mnie w zachowanie. Posłałem jej niezadowolone spojrzenie, przekazując tym fakt, że najmniejszy błąd może nas zabić. Nie musiałem tego głośno mówić.
   - Co? – rzuciłem krótko, oceniając najlepsze możliwe zejście w dół.
   - Żeby nie dosięgła nas wojna. – wytłumaczyła, ale kiedy dodała coś jeszcze, znikłem pod zaspą głębokiego śniegu.
   Leciałem długo, ale sam upadek był niezwykle przyjemny. Śnieg pochłonął siłę uderzeniową, a ciało zatopiło się w mokrym puchu. I na krótką chwilę pozwoliłem sobie na odpoczynek, skryty wśród bieli.
   Kiedy tylko zacząłem się wygrzebywać, okazało się to trudniejsze niż początkowo założyłem. Biały puch omal mnie nie pochłonął. I upadając na kamienną posadzkę, głośno odetchnąłem, uspokojony wolnością płuc. 
   Rozglądnąłem się wokoło, sięgając wzrokiem w każdy dostępny zakamarek. Znalazłem się w jaskini, okrytej półmrokiem, co świadczyło, że gdzieś dalej znajduje się źródło światła. Na twarzy czułem przeciąg zimnego powietrza, co również potwierdzało moje myśli. Zanim jednak rozpocząłem eksplorację nieznajomego miejsca, spoglądnąłem wyżej, szukając miejsca, z którego się tu dostałem.         Wyglądało jednak na to, że moje spore cielsko sprowadziło lawinę, która zatkała drogę mojego przybycia. I mogłem się jedynie domyślać, co się stało z moją towarzyszką. Co by się jednak nie stało,  Erna była inteligentną dziewczyną i z pewnością będzie wiedziała, co robić.
   Dlatego też długo się nie zastanawiałem. Ruszyłem naprzód, skuszony zaproszeniem tajemniczego miejsca. Wydawałoby się, że powinna tutaj panować głucha i męcząca cisza, a było zupełnie inaczej.         Czułem, że to miejsce jest lepsze.
   Każdy krok stawiałem niepewnie, jakby w obawie nad czyhającym złem. Nie pierwszy raz miałem okazje eksplorować nagą jaskinię, ale tym razem moje emocje buzowały, a zmysły traciły orientację.      Serce łomotało, a momentami miałem nawet wrażenie, że odbija się echem wśród skalistych ścian.
   I nagle, po koło dziesięciu minutach marszu, przystanąłem onieśmielony widokiem przed sobą.               Wnęka się powiększyła, a całość wymalowała się w zaplanowane pomieszczenie. Całość przypominała kopułę, a na samym środku w skalnym suficie widniała duża dziura, starannie ukształtowana w okręg. To przez nią dostawał się mroźny, północny wiatr i światło, które i tak powoli gasło. Niżej znajdowały się starannie wyrzeźbione filary, pokryte nieznanymi mi runami i starożytnymi znakami. Poczułem napływ fascynacji, kiedy zbliżałem się do wielkiego otworu przede mną. Okazało się, że w dół ciemnej dziury prowadzą schody. Nie mogłem stwierdzić, gdzie się kończą, bo ciemność na to nie pozwalała.
   Spoglądając w dół, mierząc się z samym Mrokiem, czułem rosnący niepokój. Nie to było dzisiaj moim zadaniem. Powinienem wracać do pałacu, udając, że wcale nie natknąłem się na coś tajemniczego i opuszczonego, że nie odkryłem potencjalnego zagrożenia.
   Rozum jednak ustąpił miejscu emocjom. Ostrożnie sunąłem naprzód, dochodząc do schodów, po których następnie wkroczyłem w pustkę. Im niżej się znajdowałem, tym mocniej moja ekscytacja rosła. Cisza powoli przemieniała się w tępy odgłos tętna, aby następnie coraz mocniej dobiegać do moich uszu. Stałem się ślepy, ale reszta zmysłów mocno się ożywiła. Dotyk, węch i słuch wariowały.
Słyszałem szepty, a głośne bicie serca wcale nie należało do mnie. Mimo strachu kroczyłem dalej, aż w końcu poczułem na sobie ciepły oddech.
   Nasze serca się zrównały, a moje ciało w tym samym momencie ogarnął dreszcz. Patrzyłem, jak ciemność ujawnia swoją tajemnicę, jak budzi do życia śpiący skarb.
   Najpierw ukazały się białe, oślepiające blaskiem oczy. Tylko czarna źrenica wskazywała na ślepia. Oddech stwora cuchnął siarką, zmuszając mnie do wstrzymania pracy płuc. Następnie powoli ukazała się paszcza, wypełniona groźnymi i ostrymi kłami. W paszczy zwierzęcia pojawiły się iskry, które następnie rozeszły się po całym jego cielsku. I to właśnie wtedy zdałem sobie sprawę przed czym właśnie stoję.
   Smok, pradawne stworzenie, które nie ma prawa żyć w tym świecie.
   A jednak jeden z nich właśnie przede mną stał.

 

 

KETIA

 

   Auto zatrzymało się z poślizgiem, na co Tony zareagował głośnym westchnięciem.
   - Proszę – mruknął, przyjmując swój charakterystyczny ton głosu, którego używał, kiedy chciał wyrazić swoje niezadowolenie. – Powiedz, że masz plan.
   Zaśmiałam się, spoglądając na jego czujny wyraz twarzy.
   - Oczywiście, że nie. – mruknęłam, zdenerwowana brakiem wsparcia z jego strony.
   - Ale na pewno to tu mieliśmy trafić? – dodała dziewczyna, która z ciekawością wyglądała zza otwartej szyby.
   Mroźny wiatr natychmiast wdarł się do środka, szczypiąc po naszych nieprzygotowanych na takie temperatury ciałach. Nadęłam niezadowolona policzki, widząc, jak z oddali nadciągają uzbrojeni ludzie.
   Oficjalnie znaleźliśmy się na terenie królestwa Herault. Wiecznie panująca zima zdawała się oddziaływać na mieszkańców, czyniąc ich równie zimnymi i zamkniętymi przed przyjezdnymi. Jednak było to jedyne neutralne miejsce, w którym mogliśmy się ukryć i choć na chwilę pozwolić na relaks. Przynajmniej na to liczyłam, bo tutejszy król należał do ludzi nieopisanych. Wiecznie nieuchwytny, a jednocześnie panujący twardą i rozsądną ręką.
   Nie zdziwiło mnie dlatego to, jak właśnie zostaliśmy potraktowani. Siłą wyciągnięto nas z samochodu, nakazując milczenie. Tony w ostatnim momencie powrócił do ciała Czarnuszka, mocno trzymając się teraz moich ramion. Sitia kroczyła obok mnie, prowadzona przez rosłego, łysego mężczyznę. Jej orzeł zniknął, tak, jak przy spotkaniu Nadii. To jedynie potwierdzało umiejętności dziewczyny, jako szpiega. Nawet jej ptak lepiej się chował niż mój demon na ramieniu.
   - Panowie – zaczęłam, cicho się śmiejąc. – Nie będziemy się szamotać, możecie dać nam trochę luzu.
   Czułam, jak dłoń strażnika wbija mi się w skórę, powodując jedynie nieprzyjemne uczucia. Na nic jednak zdały się moje negocjacje. I odetchnęłam dopiero wtedy, kiedy przekroczyliśmy wielkie, złote wrota prowadzące do pałacu. To tam mieliśmy spotkać króla Ziegerota. Sławnego wojownika o czystym i szczerym sercu. Ludzkiego jedynie w połowie. Legendy mówiły, że jego ojcem był Dumny Białokieł, owiany bohaterskimi czynami wilk. Nie mogłam jednak uwierzyć w tak dziwaczną hybrydę.
   - Hej! Gdzie nas prowadzicie? – zamiast zmierzać ku głównym drzwiom, skręciliśmy w bok.
   Tam, gdzie powitały nas grube, drewniane drzwi i wielkie łańcuchy. To miejsce zdecydowanie nie kojarzyło się z relaksem.
   I już po chwili zostałyśmy przykute do ciężkich kajdan, przytwierdzonych permanentnie do ścian tego śmierdzącego pomieszczenia.
   - Więzienie… - szepnęła Sitia, okalając wzrokiem każdy skrawek tego miejsca.
   Przełknęłam nerwowo ślinę, zmęczona próbami rozpracowania mechanizmu tego metalowego ścierwa.
   - Przynajmniej dali nam prywatność… - jęknęłam, brzydząc się dotknąć ciemnej ściany. – I zabrali Czarnuszka.
   Białowłosa skinęła głową, marszcząc w zamyśleniu głową.
   - Biedny. – stwierdziła w końcu. – Lepiej, żeby udało mu się wkraść do pałacu.
   I miała rację, co potwierdziłam jedynie głośnym mruknięciem. Tony miał znaleźć Króla i osobiście z nim porozmawiać, ale mocno wątpiłam w powodzenie tego pomysłu.

* * *

   Zaprowadzono nas w końcu do miejsca, w którym chciałyśmy się znaleźć. Ślad po Czarnuszku zaginął, ale wiedziałam, że musiał mieć powód do nagłego zniknięcia. Za to my, stałyśmy właśnie przed kimś, kogo wzrok wyrażał jedynie jawną niechęć.
   - Wasza Królewska Wysokość… - pokłoniłam się, wciąż spętana przez niewygodne łańcuchy.
   Siostrzenica zrobiła to samo, bacznie przyglądając się zielonowłosej Królowej.
   - Darujcie sobie tytuły. Nikt nie ma prawa tutaj przebywać bez odpowiedniej wizy. Co tu robicie?
   Jej ton głosu był twardy i zdecydowany.
   - Chcemy zobaczyć się z Królem i omówić kwestię pokojową naszych królestw. – starałam się zachować łagodny wyraz twarzy, co sprawiało mi niemałą trudność.
   Sitia za to wydawała się najbardziej spokojną osobą w tym pomieszczeniu.
   - Naszych? Nie przypominam sobie, żebyś zajmowała się takimi sprawami.
   - Występuję w imieniu Duncana, a wiem, że byliście sobie dość bliscy. Może ze względu na konsekwencję waszych wybryków mnie uwolnisz i porozmawiamy? – nie odwróciłam wzroku nawet, kiedy próbowała wywrzeć na mnie presję.
   Zadziałało. Rozkazała nas rozkuć ze szpon metalowych kajdan i w końcu mogłyśmy swobodnie przed sobą stanąć. Wciąż jednak pozostawali za nami groźni ochroniarze, którzy najwyraźniej nie mieli zamiaru nas zostawić.
   - Może najpierw nakarmisz i ugościsz drogich przyjaciół? – mruknęłam z lekkim uśmiechem, ocierając obolałe miejsce na nadgarstkach.
   - Może najpierw przedstawisz mi tą piękność? – odbiła pałeczkę w stronę, której jeszcze nie chciałam poruszać.
   Zielonowłosa królowa była jednak cwaną bestią. Ruszyła w naszą stronę, schodząc z piedestału po szklanych schodach. Jej suknia była długa, a oczy świdrowały nas już z dalekiej odległości.
   Widziałam kątek oka, jak Sitia zabiera się do przemowy, więc postanowiłam zrobić to pierwsza.
   - Przedstawiam córkę najgroźniejszego z naszych wrogów, dziewczynę zrodzoną z ludzkiego grzechu. – wysunęłam się nieco do przodu, po kłaniając się w stronę Seary. – Oto Sitia Nigrea. Twoja konkurentka, a moja siostrzenica.
   Widziałam, jak Królowa na chwilę zwalnia kroku, najwyraźniej zdając sobie sprawę, kto przed nią stoi.
   - Mam nadzieję, że lubicie słodkie desery. – zatrzymała się zaraz przed nami, analizując wygląd dziewczyny swoim sokolim wzrokiem.
   - Jak najbardziej. – białowłosa dziewczyna okazała skruchę, po kłaniając się delikatnie przed obliczem żony Króla.
   - Prowadź, królowo Erno. I proszę, użyć nam jakiś ciepłych ubrań. Macie tu trochę… Zimno. – zaśmiałam się, czując w głębi duszy ulgę.
   I choć jeszcze nie do końca zdawałam sobie sprawę, co nastąpi dalej i jak powinnam to rozegrać, wiedziałam, że stawką jest nie tylko nasze życie. Wojna pozwalała nam na wiele zabronionych wcześniej chwytów. I tego też musiałam się chwytać.
   Tymczasem ruszyłyśmy w kierunku wielkie, szklanej sali, gdzie będziemy musiały znosić towarzystwo wrednej kobiety. I byłam pewna, że to Sitia przykuje całą jej uwagę.
   Pozostało jedynie czekać na zjawienie się Króla, choć wcale na to nie liczyłam.

< Sitio? Wybacz błędy ;-; Czyli to co zawsze XD >

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wybacz, cel uświęca środki.

Pozorna wolność