Wybacz, cel uświęca środki.
Scanlon zaciągnął się dymem papierosowym, mocno, dopóki nie poczuł, jak tytoń ciepłym podmuchem muska wnętrze jego płuc. Odetchnął, jakby miał robić to ostatni raz w życiu. Zrobił ostatni krok w kierunku balkonowej balustrady i opadł na nią bezwiednie, aż jej zaokrąglona krawędź nie wbiła mu się w pachy.
Wyjętego wcześniej z ust papierosa trzymał luźno między palcem wskazującym a środkowym. Nie przejmował się, że praktycznie wyślizguje mu się z dłoni. Spuścił jedynie wzrok, by spoglądnąć na tętniące życiem miasto pod nim.
Ludzie chodzili znudzeni, nie wiadomo gdzie zmierzając. Zimne twarze, poważne miny. Tylko ich dusze potrafiły wszystko zdradzić. Dusze, które drżały spazmatycznie, trzęsły się niekontrolowanie. Jak łkające robaki, desperacko czerpiąc ostatnie oddechy, machając ręką znad powierzchni wody, tonąc w otchłani marazmu.
Wypuścił leniwie kółko z dymu. Oczami wiódł za grupką dzieciaków, przeszywając ich analitycznym wzrokiem. Dlaczego śmieją się tak radośnie i sztucznie jednocześnie? Dlaczego ludzie uwielbiają zmuszać się do śmiechu? Po co udawać szczęśliwych w tym zepsutym, spowitym grzechem świecie? Dusza nie zna uśmiechu, ona nie ma twarzy, jest skazana na wieczną obojętność. To ludzkie ciało się uśmiecha, bo jest odrażająco samolubne. Szczęście to tylko skutek uboczny wytwarzania serotoniny, dopaminy, endorfin i innych neuroprzekaźników. To jedynie ruch kilkudziesięciu egoistycznych mięśni. Po co to komplikować?
Scanlon ponownie westchnął, wypuszczając chmurę dymu papierosowego z płuc. Poprawił pozycję i złapał dłońmi balustradę.
- Sam zakładasz na swoją duszę kajdany i skazujesz na gorycz, głupcze. – szepnął do niego, mimo dzielącej ich odległości.
- Czyż to nie takie ludzkie?
Kobieta zjawiła się znienacka tuż obok mężczyzny, w jednej dłoni trzymając lampkę musującego wina dla siebie, a w drugiej dla Scanlona. Podała mu prosto do ręki, a on od razu upił łyk.
Po przełknięciu trunku zmarszczył brwi i wylał go za barierkę.
- Obrzydliwe. Na drugi raz kup coś lepszego.
Morticia zaśmiała się melodyjnie i kpiąco. Zamieszała swojego szampana, kręcąc lampką wina i zanurzyła wargi, sącząc ciecz. Upiła łyk i odchyliła głowę, delektując się drażniącym język smakiem.
- Masz zbyt wysokie standardy.
- Wiem, co dobre.
Kobieta parsknęła protekcjonalnie.
- Co zamierzasz teraz zrobić? – spytała o wojnę.
Demon zacisnął pieści na balustradzie, aż jego knykcie pobielały.
- Gdybym coś zamierzał, to nie stałbym tutaj i spokojnie wypalał papierosa.
- Nie wiesz, co robić w takiej sytuacji? – posłała mu niedowierzające spojrzenie.
Scanlon zaśmiał się cierpko, odchylając głowę do tyłu i ostatni raz westchnął chmurą dymu. Zgniótł papierosa o stalową barierkę i podszedł do Mortici. Położył od tyłu na jej ramionach swoje silne dłonie i sunął nimi mozolnie do góry, aż nie natrafił na kark.
- Kompletnie nic nie zrozumiałaś z całej tej sytuacji, Morticio.
Parsknęła rozbawiona, bo dobrze wiedziała, co mężczyzna chce zrobić. Ale nie oponowała. Pozwoliła, by ją zabił. Tak obrzydliwie nudno i szybko.
- Do-bra-noc.
Przekręcił mocno kark kobiety, łamiąc jej wszystkie możliwe kręgi. Westchnął gorzko, rzucając zwłokami o zimną posadzkę.
Dopiero teraz zauważył, że zaczął padać śnieg. Białe, lśniące w blasku świateł płatki miękkiego puchu opadały nieśpiesznie. Jeśli życie może być cudowne, to na pewno dla tych urokliwie nijakich śnieżynek.
- Śpij jak najdłużej. – rzekł do Morticii i wrócił do wnętrza wieżowca, ostatni raz smagany podmuchem chłodu.
***
Czarnuszek syknął, obnażając swoje urocze i pozornie niewinne kły, zaraz po tym, jak strażnicy wyrzucili go bezlitośnie na okrutnie zimny śnieg. Zatopił się w nim całkowicie, ale zgrabnie i szybko poradził sobie z białą zaspą. Wybiegł i potruchtał przed siebie, zastanawiając się nad swoimi następnymi ruchami.
Co za gbury.
Pokłusował przed siebie, wodząc wzrokiem po wielkiej budowli. Z pewnością mieli w nim jakieś okna, przejścia, dodatkowe drzwi, dzięki którym Tony mógłby przecisnąć się z powrotem do wnętrza i dotrzeć do pałacu.
Kichnął słodko z wszechogarniającego go zimna i ruszył na obchód-zapoznanie terenu.
- Kici, kici. – zatrzymał go nagle czyiś zachrypnięty głos.
Odwrócił machinalnie głowę w stronę źródła dźwięku i zauważył postać człowieka, tonącego w za dużych szatach. Spoglądał na kota spod kaptura oceniającym wzrokiem, w którym wydawało się, jakby tliły się niepokojące ogniki. Oddychał ciężko i wolno, jakby zaraz miał wyzionąć ducha.
Wokół niego widoczne były plamy krwi, a na śniegu leżał miecz. Siedział na drewnianym wozie, a raczej jego fragmentach. Wyglądał dość... odrażająco.
- Jestem strasznie zdenerwowany, wiesz?
Zniżył ciało tak, że łokciami opierał się o kolana, a głowę chował między nimi.
- Wiesz czemu, sierściuchu?
Wystawił rękę do Toniego, zapewne chcąc, by zbliżył się do niego. Czarnuszek cofnął się jednak o parę kroków, nastraszając sierść (głównie z zimna, choć jego kocie instynkty podpowiadały, że to pomoże odstraszyć potencjalnego wroga).
- Bo ci, których chciałem obrabować, nic przy sobie nie mieli... Znowu.
Stopą zahaczył o miecz, przyciągnął go ku sobie i złapał silnie rękoma za trzon.
- Nie bój się, kici, kici. I tak byś tu zdechł. – zaakcentował mocno ostatni wyraz, aż załamał się jego ton głosu.
W ostatniej chwili, gdy dziwny mężczyzna zamachiwał się ostrzem, Czarnuszek odskoczył zwinnie i szczerząc zęby, zerwał się z miejsca. Biegł szybko, choć wiedział, że i tak niemożliwe jest, by tamten go dogonił.
Kim on był? Jakiś wygnaniec czy Bóg wie kto? Jedno jest pewne – zdecydowanie miał nierówno pod sufitem. A od takich lepiej trzymać się z daleka.
Tony jednak od razu zauważył pewną nieścisłość – dlaczego ten człowiek zaatakował, prawdopodobnie nawet zabił, podróżnych dosłownie pod okiem straży? Nie powinni się nim zająć, by nie stanowił zagrożenia dla innych? Może jest tu takich więcej? A może po prostu go nie zauważyli? Jeśli to ostatnie, to mają tutaj doprawdy kiepskich strażników.
Czarnuszek biegł, ile miał siły w łapkach. W pewnym momencie zauważył stos drewnianych skrzynek położonych przy ścianie. Skręcił i wskoczył zgrabnie na ich szczyt, aby rozglądnąć się uważnie po okolicy.
Śnieg, śnieg, i jeszcze raz śnieg. Wszędzie rażąca biel. Zanosiło się na silną zawieję śnieżną, co tym bardziej zmobilizowało Toniego do szybkiego znalezienia dyskretnego wejścia do pałacu. Nic więcej jednak nie dostrzegł.
Szukał i chodził jeszcze długo, aż jego miękkie łapki zmarzły tak mocno, że ich nie czuł. Trząsł się, ale przecież po takim czasie jego cel poszukiwań musiał być blisko...
Nie mylił się.
Napotkał przypadkowo na osamotnionych, wałęsających się za pałacem, dwóch strażników, gawędzących coś o pałacu. Odetchnął w duchu, kiedy okazało się, że nieznajomi skierowali się do tajemniczego tunelu, naprawdę dobrze ukrytego, i nazwali go „przejściem do środka”. Zapewne gdyby nie ci ludzie, Tony nigdy nie zorientowałby się o tym wejściu. Ale to, co by było gdyby, nie miało teraz najmniejszego znaczenia.
Mężczyźni (rozpoznani po głosie) nie byli ubrani w zwyczajny strój strażników. Mieli na twarzach czarne maski, a odzież była zdecydowanie bardziej wyróżniająca się od tamtych ochroniarzy, bo miała inny kolor.
Tony nie miał pojęcia, o co z tym chodzi, ale wpadł na doskonały plan, którego realizację jeszcze bardziej mu ułatwili.
- Sprawdź teren. Zaczekam na ciebie w połowie drogi.
Drugi odpowiedział mu tylko kiwnięciem głowy i rozglądnął się wokół siebie, a następnie ruszył z miejsca.
Kiedy tamten mężczyzna zniknął w otchłani ciemności tunelu, Czarnuszek odczekał krótką chwilę i rzucił się z pazurami na nieznajomego, który został „sprawdzić teren”.
Mężczyzna przeklął, a Tony przemienił się w swoją ludzką formę. Skutecznie unieruchomił człowieka, podduszając go, dopóki nie stracił przytomności.
Sapnął po całym zdarzeniu i ściągnął umoczony w śniegu strój poszkodowanego.
Poszło z nim aż za łatwo.
- Wybacz, cel uświęca środki – uśmiechnął się szarmancko do nieprzytomnego, klepiąc go delikatnie po policzku.
Założył strój nieznajomego, odrzucając z głowy czarne scenariusze. Może nie było to najlepszym wyjściem, ale wolał zaryzykować teraz niż aby spotkało go coś złego potem.
Choć ma to w ogóle jakiś sens?
***
Ugoszczone, choć z marnym początkiem znajomości, przez królową Ernę Sitia i Ketia siedziały przy zdobionym, dużym stole w szklanej sali, pełniącej funkcję jadalni. Krewne okryte zostały przyjemnymi płaszczami wykonanymi z miłego w dotyku, fałszywego futra, które okalało brzegi grubej, sztucznej skóry, idealnej na mrozy, które zresztą w tutejszej krainie były chlebem powszednim.
Królowa była szczera (do bólu) i nie owijała w bawełnę. Nie zdziwiło to dziewczyn, które dokładnie tego się po niej spodziewały, wnioskując z jej podejścia przy pierwszym spotkaniu. Ale dlaczego by tego nie wykorzystać?
- Częstujcie się do woli. Mamy najlepszych kucharzy, więc żywię nadzieję, że wszystko będzie wam smakować. – rzekła zuchwale.
Uśmiechnęła się z nutką złośliwości i wyprostowała jeszcze bardziej, by podkreślić swoją pewność siebie i wyższość. Ułożyła sobie białą serwetkę na kolanach, a w jej ślady poszła Ketia oraz Sitia.
Atmosfera była pełna elektrycznych iskierek podsycających nastrój. Coś wisiało w powietrzu. Żadna ze stron nie chciała odpuścić. Ale przecież nie było żadnego konfliktu, prawda?
- Czy bezpiecznie jest przeprowadzać rozmowę z córką wroga wojsk salvadorskich, do których Ketia należy? – spytała bez ogródek, ni to do Ketii, ni do obu, ni do siebie.
- Nie mam żadnego powiązania z Armią Demonów, a tym bardziej z jej przywódcą. – oznajmiła łagodnie białowłosa halfbreedka.
- Dlaczego miałabym uwierzyć ci na słowo?
Nie dostała odpowiedzi, więc uśmiechnęła się miękko, zatapiając w międzyczasie widelec w puszystym cieście czekoladowym.
- Intrygujesz mnie, Sitio. Nie mam nic przeciwko byś uczestniczyła w tej rozmowie. Jestem tylko ciekawa... – przerwała, biorąc kęs ciasta do ust. - ...co łączy się z nimi, skoro zawitałaś jako towarzyszka przedstawicielki Duncana. – spoglądnęła kątem oka na Keyę.
Erna pływała w otchłani swej arogancji oraz nonszalancji. Jeszcze chwila, a się w niej utopi. Czy mogłaby przestać być taka irytująca?
- Czy nasze relacje są nierozwiązalnym elementem kwestii stosunków międzykrólewskich? – spytała Sitia.
Pół-demonica upiła łyk rozgrzewającej herbaty, uprzednio zaserwowanej przez kelnerów. Musiała przyznać, że ten delikatnie drażniący język smak idealnie trafiał w gusta jej kubków smakowych.
- Uważam, że tak. Nie czułabym się bezpiecznie z myślą o pokoju między nami, gdybym nie miała pewności, że Armia Magicznych nam nie zagraża. I to przez szpiega i moje niedopilnowanie.
- Jak najbardziej to rozumiemy. – podkreśliła Sitia.
- Mimo wszystko Duncan nie zniżyłby się tak bardzo, by w swoje szeregi wpuszczać wroga. A skoro Sitia Nigrea jest tutaj, ze mną, podczas omawiania tak istotnej sprawy, dowodzi jej to wiarygodności. Jesteśmy Wojskami Salvadorskimi, potężni i silni, wyczuleni na najmniejsze błędy, perfekcyjni i przygotowani. W przeciwnym razie – nie mówiono by o nas z takim poważaniem i nie bylibyśmy najwyższą wojskową jednostką w państwie. Jeśli wasza wysokość uważa, że tak bardzo narazilibyśmy się na straty poprzez własną nieuwagę, to naprawdę wasza wysokość nas nie docenia. – zakończyła Ketia, trafiając idealnie w sedno sprawy.
Królowa świdrowała dziurę w szafirowych oczach siostry Duncana. Zwilżyła gardło ciepłym napojem, kradnąc parę cennych sekund na przemyślenie następnych słów. Odwróciła jednak zaraz wzrok, uśmiechając się sztucznie.
- Odrzućmy na razie te kontrowersyjne tematy. Jeszcze cały dzień przed nami. – stwierdziła. - Mam nadzieję, że jeszcze nie jesteście syte. Zaraz zostanie przyniesiony obiad.
Złośliwym wzrokiem obrzuciła towarzyszki, bezczelnie zbywając Ketię, która zmarszczyła brwi, czując ognistą iskrę w swoim sercu gotowym do boju. Jednak mimo tego, uniosła po prostu wyżej brodę, opierając ją na splecionych dłoniach. Wbrew zasadom savoir vivre oparła łokcie o stół, ignorując oburzone spojrzenie Erny.
***
Idąc ostrożnym, ale zdecydowanym krokiem, Tony rozglądał się bacznie wokół siebie. Choć nie miał za bardzo czego oglądać. Jedyne, co było interesującego w tym tunelu, to ohydne, zgrzybiałe ściany i zapach zgnitych zwłok. W takich miejscach wolałby nie mieć zdolności widzenia w ciemności...
- Czysto? – w końcu natrafił na strażnika, który miał zaczekać na swojego przyjaciela.
Szkoda, że go już prawdopodobnie nigdy nie spotka. No chyba, że na pogrzebie. No... chyba, że ktoś znajdzie go i uratuje przed zamarznięciem na śmierć.
- Mhm, tak. – mruknął Tony w odpowiedzi, nie chcąc zdradzać całkowicie swojego głosu.
Ruszyli dalej.
Odgłos stawiania przez nich kroków roznosił się echem za i przed nimi.
Ciekawe, jak długi w ogóle jest ten tunel.
- Tylko tym razem nie próbuj zgrywać wszechwiedzącego i rób, co ci każemy, idioto. Jeśli tym razem wpędzisz w nas jakieś kłopoty...
Towarzysz zatrzymał się nagle i popatrzył przez ramię na Toniego, po czym ruszył dalej.
Człowiek-kot parsknął tylko, udając urazę. W rzeczywistości miał ochotę się gorzko zaśmiać, ale niestety nie mógł.
Żywił tylko szczerą nadzieję, że tamten koleś, którego zostawił na pastwę losu, nie był zbyt rozmowny.
Chwilę później dotarli do wyjścia. Jasne światło oślepiło wrażliwe oczy Toniego, ale szybko przyzwyczaił się do blasku. Tam czekał na nich kolejny, nieznajomy mężczyzna, który wyczekującym wzrokiem spoglądał raz na Alexandra, raz na „strażnika”. Nie orientując się totalnie w sytuacji, Tony po prostu obserwował zachowanie kompana, który szybkim ruchem ściągnął z pleców tajemniczą torbę.
- Trzymaj, wszystko zgodnie z umową.
- Się zobaczy. – rzekł mężczyzna, który czekał na nich przy wyjściu.
Rzucił Alexandrowi i pseudo-strażnikowi do rąk stroje kelnerów, a sam odszedł szybko ze zdobyczą.
O co w tym wszystkim chodzi?
- Tylko spróbuj coś wykombinować. – przeszywającym wzrokiem prześwietlił Toniego.
By być wiarygodnym, Czarnuszek tylko wymruczał coś pod nosem i przewrócił oczami. Obcy mężczyzna złapał go jednak mocno za ramię i poprowadził w nieznanym kierunku, wbijając boleśnie palce w skórę Toniego.
Ale tego, że będzie musiał serwować jako kelner posiłki na obiad dla pary królewskiej, się nie spodziewał. A jeszcze bardziej nie spodziewał się widoku Keyi i Sitii w jadalni, siedzących zaraz obok królowej. Dosłownie wryło go w ziemię (zresztą podobnie jak dziewczyny), ale nie mógł pozwolić sobie na okazanie jakichkolwiek przejawów dziwnego zachowania.
Ketia jednak wszędzie poznałaby te charakterystyczne tęczówki Czarnuszka. A to, że do niej mrugnął (a na perskie oczko mógł sobie pozwolić, no bo czemu nie?) tylko potwierdziło ją i Sitię w przekonaniu, że to ich kochany, czarny kocurek.
Tylko... Co on wykombinował, że został kelnerem w pałacu?
A co wykombinowały Ketia z Sitią, że właśnie będą ucztować z królową we własnej osobie?
***
Mroźne powietrze kłuło zahartowaną skórę twarzy mężczyzny. Wiatr, oziębły, chłodny i zimny, mimo swoich właściwości wciąż pozostawał orzeźwiający i rześki. Ale tym razem spacerowicz miał gdzieś pogodę, nawet jeśli temperatura powietrza sięgałaby do minus czterdziestu stopni Celsjusza, a jego palce odpadałyby od dłoni (swoją drogą jest to w ogóle u niego możliwe?). Po prostu szedł przed siebie, pochłonięty przez lawinę i ocean własnych myśli. Miał ważniejsze sprawy na głowie niż zachwycanie się płatkami śniegu, które zresztą widzi co roku.
- Scanlon. – hardo odezwał się żeński głos za nim.
Mężczyzna stanął, ale nie odwrócił głowy.
- Zabawne. Zjawiłaś się znikąd, przyczepiłaś, a teraz nie możesz dać mi spokoju.
Morticia zaśmiała się melodyjnie.
- Wiem, że mnie potrzebujesz. Ty. I twoja Armia. Nie zdajesz sobie nawet sprawy, jak wiele dzięki mnie osiągniesz.
- Z jakiej racji mam Ci wierzyć?
Odwrócił się wreszcie do kobiety, patrząc z góry na jej postać.
- Nie ofiaruję w twoje ręce niczego. Nieważne, czy udowodnisz, że byś na to zasługiwała, czy też nie. – zdecydował stanowczo.
- Skąd pomysł, że czegoś od siebie żąda...?
Nie pozwolił jej dokończyć wypowiedzi. Machnął ręką, a wytworzona nadnaturalna, potężna siła odrzuciła jej wątłe ciało w dal, przygważdżając do ściany jednego z budynków, aż ta pękła.
- Nie zabijesz mnie, choćbyś próbował z całych sił. Wykorzystaj moją ofertę, zamiast utrudniać sobie życie.
Wiedział. Wiedział o tym wszystkim, co mówi. Nawet uważał, że ma rację. Przecież pomoc z rąk kontrahentów byłaby błogosławieństwem.
Spojrzał w niebo, zastanawiając się, czy kiedykolwiek jeszcze będzie mieć wolną chwilę, by na nie popatrzeć.
Błogosławieństwem, prawda?
Komentarze
Prześlij komentarz