Kici kici
Kroczyłam obok dziewczyny, co jakiś czas rzucając na nią ukradkowe spojrzenia. Niesamowitym dla mnie był fakt, jak mocno się zmieniła. Przecież minęło zaledwie dwa lata, a ja czułam się, jakby czas oszukał nas obie.
Chciałam poznać jej myśli, zagłębić się w obraz wspomnień i
odkryć ścieżkę, którą podążała po naszym rozstaniu. Z niewyjaśnionego dla mnie
powodu, dziewczyna wciąż pozostawała przy nas, a jej osoba miała odegrać
kluczową rolę w tym przedstawieniu.
- To co – zaczęłam, kiedy byłyśmy już niemal na miejscu. –
Poznałaś kogoś ciekawego?
Uśmiechnęłam się w zadziorny sposób, obdarzając ją pewnym
siebie spojrzeniem. Na chwilę jej kroki zwolniły, a kąciki ust lekko się
uniosły. Pokręciła jednak przecząco głową, najwyraźniej nie próbując omijać
tego tematu.
- Nie było czasu na przyjemności. – zaśmiała się lekko.
Od jej osoby emanowała aura spokoju, a wyraz twarzy
skutecznie ukrywał większość emocji. Wydoroślała, nie tylko pod względem
fizycznym. Dostała szansę i najwyraźniej ją wykorzystała.
- Poczekaj, aż poznasz naszych najlepszych żołnierzy –
zatarłam dłonie, czując jak Czarnuszek mocniej wciska pazury w moje ramiona. –
Na pewno nie przejdziesz obok nich obojętnie. Chociaż większość z nich na razie
wyjechała na pewną misję… Będziesz musiała poczekać.
Odpowiedziała mi prychnięciem, głaszcząc jednocześnie główkę
kocura znajdującego się na moim ramieniu.
- Nie mogę się w takim razie doczekać. – posłała w moim
kierunku uśmiech, lekko przechylając głowę.
Jej białe włosy zafalowały w rytmie jej ruchów, odsłaniając
lewe oko. Blizna wciąż pozostała dobrze widoczna, ale dodawało jej to uroku.
Tworzyło w końcu jej osobę, a bez naszych naznaczeń nie bylibyśmy tymi samymi
osobowościami.
Nasza rozmowa została przerwana. Głośne rozmowy innych osób
zagłuszyłyby nasze słowa, a nowe otoczenie wyraźnie przykuło uwagę mojej
siostrzenicy. I choć wciąż nie mogłam się przyzwyczaić do tego, że łączy nas
coś więcej niż tylko zwykła znajomość, intrygowała mnie nasza wspólna historia.
Znajdowałyśmy się teraz w wielkiej Sali, która służyła za
stołówkę. Pomieszczenie to zostało umieszczone w środkowym paśmie pięter, przez
co każdy miał swobodę w przemieszczaniu się.
- Podział na klasy w tym miejscu nie istnieje, staraliśmy
się zrobić z tego miejsce wspólnych integracji. – tłumaczyłam, kiedy
posuwałyśmy się naprzód obok ściany zachodniej – Jak wiadomo, łatwiej zapanować
nad zgranym zespołem, niż zajmować się jeszcze konfliktami wewnętrznymi.
Skinęła z uznaniem głową, rozglądając się po otaczającym ją
tłumie. Ona sama jednak wzbudziła we wszystkich zainteresowanie. Obserwowałam,
jak ludzie rzucają jej ukradkowe spojrzenia, a niektórzy jawnie próbują dojrzeć
kim jest i co tutaj robi.
Zaśmiałam się przyjaźnie na ten widok, bo doskonale zdawałam
sobie sprawę, że jej pojawienie się narobi szumu.
- Większość będzie cię kojarzyć – wytłumaczyłam, czując na
sobie pytające spojrzenie.
- Jak to? Coś zrobiłam? – założyła luźny kosmyk białych
pukli za ucho.
- Wiesz… Mieliśmy mały incydent – podrapałam się w nerwowym
geście po karku, nie ściszając jednak głosu. – Ktoś wykradł pewne dokumenty i zrobiło
się zamieszanie. Duncan musiał nieco mocniej nacisnąć na mieszkańców.
Wzruszyłam ramionami, zerkając na siedzącą przy stoliku
paczkę osób. Spuszczali wzrok kiedy tylko nasze spojrzenia niemal się
spotykały. Nie ośmielali się spojrzeć mi prosto w twarz.
- Co w nich było? – przystanęłyśmy przy ladzie, zabierając
tackę z talerzami i sztućcami.
Wypuściłam cicho powietrze, zastanawiając się, co właściwie
mogę jej powiedzieć, a co powinnam zachować jedynie dla siebie.
Wyglądała na zainteresowaną, co wcale mnie nie dziwiło. Kto
nie uwielbiał spisków i intryg?
- Ktoś chciał wyciągnąć brudy mojego ojca, żeby skłócić jego
poddanych. Zasiać ziarno niepewności w szeregach jego armii. Udało mu się,
wybuchł bunt.
Starałam się mówić spokojnie, przypominając sobie wydarzenia
sprzed ponad roku. Sitia za to uważnie słuchała, a w jej oczach pojawił się
nawet nieodgadniony mi blask.
- Duncan oficjalnie
zabił mojego ojca. – odchrząknęłam, minimalnie ściszając ton głosu – Jednak
informacje wyciekły, konsekwencje musiały zostać wyciągnięte.
Nałożyłam na talerz kawałek kurczaka, smutno spoglądając na
padlinę.
- Ktoś chciał splamić nasze nazwisko. Tobie oberwało się
przy okazji. – westchnęłam, posyłając jej przepraszający uśmiech.
- Czyli celowa
prowokacja – prychnęła, przysuwając się bliżej mnie. – Wydaje się
nieprzemyślana, a jednak wynikałoby z twojej opowieści, że sprawca osiągnął
zamierzony sukces.
Poczułam pozytywne zaskoczenie, słysząc, że dziewczyna tak
łatwo odczytała tę sytuację.
- Póki mamy na smyczy
odpowiednich ludzi, nie powinno być większego problemu. – wyszczerzyłam zęby,
badając jej reakcję.
Poczułam jak Czarnuszek nerwowo poruszył się na moim
ramieniu, co wywołało u mnie jedynie przymrużenie oczu.
Dziewczyna wzruszyła lekko ramionami, zerkając za moje
plecy.
- Zawsze jednak gdzieś pojawią się bezpańskie psy. – ta
odpowiedź sprawiła, że po moim ciele rozszedł się przyjemny dreszcz.
I zostawiają po sobie
sporo odpadków, pomyślałam.
Odpowiedziałam śmiechem, teraz jeszcze bardziej zaciekawiona
czasem jej nieobecności. Nie wiedziałam o je zniknięciu niemal nic. Duncan
niechętnie poruszał ze mną ten temat, jakby sam nie do końca był przekonany tej
decyzji.
* * *
Zamknęłam oczy, odchylając głowę w tył. Zapach po burzy
wypełniał nozdrza, przyjemnie uspakajając umysł. Chmury nadal zostały, ale
dawały jedynie nieliczne krople.
- Mam nadzieję, że przez te dwa lata się nie obijałaś –
zagaiłam, głaszcząc rozłożonego na moich kolanach Czarnuszka.
- Przekonasz się wieczorem – słyszałam, jak upija łyk
swojego napoju. – Nie mogę się doczekać.
Uśmiechnęłam się, zamykając oczy.
- Poznasz pewną osobę, myślę, że się polubicie. –
dopowiedziałam, nieco unosząc głowę i zmieniać pozycję tak, aby móc zerknąć
na jej twarz.
Powiew wiatru przeczesał nasze włosy, głaskając delikatnie
skórę. Takie dni były jak zbawienie w letnie upały. Czerpałam z tego chłodu
niezwykłą przyjemność, podziwiając widok zza barierki.
Siedziałyśmy na specjalnie wyznaczonym tarasie, zaraz przy
moim pokoju. Mogłam stąd oglądać plac, na którym trenowali młodzi kadeci i
jednocześnie spoglądać na rozległe górzyste tereny. Napawać się tym pozornym
spokojem.
Zaczęłam opowiadać jej o tym, co się działo podczas jej
nieobecności. O towarzyszach, których już nigdy nie zobaczymy.
- Mayuri?! – zdziwienie wypłynęło na twarz białowłosej.
- Zdradziła mnie, sprzedała informacje – ściągnęłam ku sobie
brwi, spoglądając na własne dłonie.
Zawsze były brudne i tak już zostanie. Nic nie zmyje z nich
krwi innych istot.
- Macie dość… brutalne metody – zauważyła, nie używając
jednak oskarżycielskiego tonu.
Byłam pewna, że rozumie, jak działa ten świat. Każdy błąd
wiązał się z porażką, a te wpływały na wynik wojny. Nieważne po której stronie
stałaś, mechanizm wszędzie się powtarzał.
- Jesteśmy tylko ludźmi, musimy rozwijać się szybciej,
zawsze być krok do przodu – podparłam brodę na dłoni, spoglądając w złote
ślepia kocura – Jesteśmy słabeuszami.
Prychnęłam, posyłając w stronę siostrzenicy znaczące
spojrzenie.
* * *
Niebo pociemniało, oświetlane jedynie przez słabe promienie
księżyca w pełni. Chmury usilnie próbowały skryć jego blask, jakby to fałszywe
światło nie powinno do nas docierać.
Znajdowałyśmy się na plaży niedaleko kompleksu. Ocean
szumiał, a fale uderzały o piach w równym rytmie.
Stanęłam przy brzegu, ściągając buty, aby pozwolić bosym
stopom na spotkanie z zimną wodą. Pogłaskałam kocura, który niechętnie miauknął
i niespokojnie się poruszył na moim lewym ramieniu.
- Pięknie… - znajomy głos pojawił się nagle za moimi
plecami.
Uśmiechnęłam się łagodnie, kiwając głową na potwierdzenie
jej słów.
- Nieźle się skradasz – zauważyłam, przekręcając głowę tak,
aby posłać jej zaciekawione spojrzenie.
- Proszę cię – założyła na biodro dłoń, drugą strzepując
białe pukle na plecy. – Nie jestem amatorem.
W jej prawym oku pojawił się błysk, a jej usta rozciągnęły
się w wyzywającym uśmiechu.
Nie czekałam, ruszając na nią z pełnym zaangażowaniem.
Naparłam na lewą stronę, zdając sobie sprawę, że z pewnością zna swoje
słabości. Każde moje uderzenie omijało cel, a dziewczyna okazała się
zwinniejsza niż myślałam. Nawet pomimo swojej ułomności, świetnie przewidywała
moje kolejne ciosy. A to jedynie bardziej mnie nakręcało.

Ta wymiana ciosów nie trwała długo, ale to ja ją przerwałam.
Odskoczyłam do tyłu, odgarniając włosy z czoła. Przygryzłam dolną wargę,
widząc, jak Czarnuszek z zainteresowaniem się nam przygląda. Jego złote ślepia
śledziły każdy nasz ruch, mimo, że to była może zaledwie rozgrzewka.
- Muszę cię zasmucić, ale nie będę z tobą dzisiaj walczyć –
wypuściłam powietrze, uspokajając płuca – Przedstawiam ci – wskazałam na
kocura, obserwując jej oświetloną przez księżycowe światło twarz – Alexandra
Antoniego Damiena.
Poczułam pieczenie na wierzchniej części prawej dłoni, a
znak tam umieszczony rozbłysnął. W tym samym momencie kot zmienił się w obłok
błękitnego światła i obie musiałyśmy przysłonić swoje oczy.
- Możesz mówić mi Tony – męski głos przeszył chwilową ciszę,
a jego ciepła barwa od razu sprawiła, że się uśmiechnęłam. – Miło mi cię
poznać, Seara Nan Norah. Wolałbym mówić
do ciebie po imieniu… Mógłbym?
Zamiast zwierzęcia, przed nami stanął wysoki mężczyzna. Jego
czarne włosy zafalowały, a pewna siebie postawa i umięśnione ciało natychmiast
sprawiło, że pamiętałam o jego prawdziwej naturze. Miał na sobie czarny
garnitur, a na jego szyi znajdował się czarny łańcuszek.
Przeszedł do przodu, tak, że znalazł się teraz zaraz przy
dziewczynie. Wyciągnął do niej dłoń, szarmancko się uśmiechając. Pochylił lekko
ciało, składając ku niej delikatny pokłon.
Patrzyłam, jak jej usta rozciągają się w uśmiechu, a oczy
lśnią pod księżycowym światłem. Biel włosów jeszcze mocniej się uwidoczniła,
tworząc wokół dziewczyny wręcz magiczną poświatę. Piękno biło od niej jaśniej
niż kiedyś, ale wiedziałam, że za nim może kryć się coś równie niebezpiecznego.
- Nazywaj mnie tak, jak ci wygodnie. Nie spodziewałam się jednak,
że… będziesz taki ludzki, Tony.
Przemawiała w sposób, który zawierał w sobie spokój i
pewność siebie. Pasowała do roli księżniczki, kogoś kto poświęca swoje życie
innym. Czy jednak wybrała taką drogę, tego jeszcze nie wiedziałam.
Mężczyzna ucałował jej dłoń, następnie się prostując i
zadziornie uśmiechając. Jego twarz schowana była w mroku, ale złote oczy
znacznie się wyróżniały.
Nic nie mówiłam, czekając aż w końcu rozpoczną natarcie. Znamię
na dłoni pulsowało, przypominając mi o rozkazach, które wciąż mogłam
wykorzystać. Pieczęć ta dawała mi towarzysza, wyszkolonego wojownika. Nigdy nie
przypuszczałabym, że Czarnuszek okaże się zmiennokształtnym Demonem. Do tej
pory nie potrafiłam wytłumaczyć fenomenu tego zjawiska.
Po prostu nagle w ciało kocura wszedł Demon, nakazując mi
zostać jego Panem. W ten dzień straciłam zwierzęcego przyjaciela, zyskując
jednak silnego sługę. Nie tego chciałam, wciąż czułam nienawiść w stronę
Toniego. Wojna jednak zawsze niesie ze sobą ofiary. Za wolność trzeba zapłacić.
- Kici kici – rzuciła dziewczynę w stronę chłopaka,
przyjmując bojową postawę.
I zaczęła się wymiana ciosów. Sita poruszała się zwinnie i
szybko, nie tracąc przy tym na sile. Walczyła całkowicie odmiennym stylem niż
jej przeciwnik, ale oboje nie potrafili w siebie uderzyć.
Nagle chłopak stracił równowagę, dając się powalić.
Białowłosa usiadła na jego brzuchu, uniemożliwiając mu chwytem za gardło się poruszyć.
W przygaszonym białym świetle błysnęło ostrze, przysunięte teraz do żyły
tętniczej Demona.
- Hoo – mruknął chłopak, przesuwając ręce tak, aby leżeć na
znak poddania się – Nieczyste zagranie, Tio.
- Tak szybko się spoufalasz? – grała w jego grę, mocniej
zaciskając uda wokół jego talii.
Była przy nim mała i wątła, ale ja doskonale wiedziałam, że
nie ocenia się przeciwnika po wyglądzie. To pierwszy krok do zguby i
przegranej. Nigdy nie lekceważ
przeciwnika.
Nagle sytuacja się drastycznie zmieniła. Tony pozwolił
ostrzu zatopić się w jego skórę, tylko nieznacznie. Dzięki temu Sitia na chwilę
się zawahała, a on złapał ją w potrzask. Teraz to on górował, nachylając się
nad jej twarzą z cwaniackim uśmiechem. Złote ślepia wręcz pochłaniały każdy
szczegół jej skóry. Ciepły oddech opatulał dziewczynę i przez chwilę między
nich wstąpiła cisza. Moment napięcia.
- Mam nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej – czarnowłosy
się wycofał, stając na równe nogi. – Masz zadatki na skrytobójcę.
Dotknął palcami rany na szyi, szczerząc przy tym w
zadowoleniu usta. Potarł karmazynową cieszą między opuszkami, śmiejąc się przy
tym, kiedy zaczęłam do nich podchodzić.
- Podzielam jego zdanie – wyciągnęłam dłoń ku leżącej
dziewczynie, którą przyjęła.
Kiedy stanęła na równe nogi, strzepując piach z ciuchów i
otworzyła usta, aby odpowiedzieć – cisze przerwał przenikliwy ptasi krzyk.
Powietrze w jednej chwili przecięły skrzydła, zmuszając mnie do przymrużenia oczu.
Na przedramieniu białowłosej wylądowało skrzydlate
stworzenie. Wielki orzeł, o czarnym jak heban umaszczeniu spoglądał w naszą
stronę z mordem w oczach. Zatrzepotał groźnie opierzonymi ramionami, znów
wydając z siebie przenikliwy pisk.
Promienie księżyca znów wyszły nieśmiało zza chmur,
oświetlając naszą czwórkę. Dwójka przede mną wyglądała teraz jeszcze lepiej, a
ich duet z pewnością budził w niejednym grozę. To nie jest ta sama Sitia, którą
spotkałam dwa lata temu. Jakie tajemnice
kryjesz?
- Woah – mruknęłam jedynie, uśmiechając się z
podekscytowaniem – Przedstawisz nam go?
- Dobrze, że nie jestem w kociej formie – poczułam ciężką, męską
dłoń na głowie, która rozczochrała mi włosy. – Na pewno potrafi nieźle
podrapać.
I faktycznie w miejscu, w który wbijał swoje szpon w skórę
dziewczyny, powstały rany. Jasna krew splamiła jej skórę, a po lepszym przyglądnięciu
się, dostrzegłam również blizny. Musiała go mieć w takim razie już dość długo i
nie przejmować się zacięciami, które Ptak tworzył.
<Sitia? :> >
Komentarze
Prześlij komentarz