Może porządny obiad poprawi ci humor?
Za oknem wyła wichura, świszcząco i niepokojąco głośno. Z jej powodu na niebie kłębiło się coraz więcej ciemnych chmur, całą okolicę pochłonął cień i mrok burzowych obłoków. Błyski i grzmoty nie przestawały dawać o sobie znać nawet na chwilę, a odgłosy uderzenia pioruna były aż nadto częste. Wszystko brzmiało oraz wyglądało tak, jakby nie miało bynajmniej ustać w ciągu najbliższych minut czy nawet godzin. Prawdopodobnie będzie to trwało cały wieczór oraz noc. Oczywiście nie to, że nie lubię takiej sytuacji za oknem. Wręcz przeciwnie – naprawdę uwielbiam burzową pogodę. Jednak aktualna świadomość, że niedługo będę wracać w trakcie tej nawałnicy nie napawała mnie radością. Ale kto by się w tym momencie czymś takim przejmował?
Odwracałam wzrok na widok za oknem od świdrującego spojrzenia dwóch tęczówek ciemnowłosego, starszego mężczyzny. Atmosfera między nami była niezwykle gęsta i niezręczna, ale nie próbowałam od niej uciec, po prostu nie miałam ochoty nawiązywać z nim kontaktu wzrokowego. W każdym jednak razie, nasza rozmowa należała do kategorii tych niekomfortowych, bardzo niekomfortowych, przez co siedzieliśmy prawie jak z kołkiem w tyłku. A to nie pomagało żadnej że stron.
Zdecydowanie inaczej wyobrażałam sobie to spotkanie.
Splotłam razem palce obu dłoni. W końcu odważyłam się odwzajemnić ciężkie i wymowne spojrzenie ojca. Od razu to podłapał i podjął temat, miałam wrażenie, że wręcz desperacko.
- Przefarbowałaś się – zauważył, choć błędnie.
Wypuściłam krótko powietrze nosem w geście rozbawienia, mimo braku uśmiechu na mojej twarzy.
- Zsiwiałam, już w młodości, nie pofarbowałam – zaznaczyłam.
Ten w odpowiedzi kiwnął głową, uśmiechając się bez radości – wręcz surowo, bezemocjonalnie i pusto. Jakby uśmiech był machinalny, wymuszony, wcale nie spowodowany wewnętrznym rozbawieniem.
Odwrócił się wreszcie, by zacząć grzebać ręką po powierzchni półki nad nim. Było na niej ułożone kilka teczek. Końcowo zdjął jeden z białych segregatorów i otworzył go szybkim ruchem. Musiał mieć wprawę w papierkowej robocie, bo wydawał się wiedzieć bez dokładniejszego patrzenia, gdzie co się znajduje.
Wysunął z mechanizmu segregatora dokument składający się z kilku kartek A4 spiętych ze sobą – każda z nich zapisana była obustronnie ciągiem czarnych, wyczerpujących literek. Obserwowałam uważnie, jak lustruje naprędce strony i ostatni raz je gładząc, podał mi plik kartek przed twarz. Spoglądając podejrzliwie na papiery, wyciągnęłam rękę w ich kierunku i złapałam za ich koniec.
- Weź je. Te mu podaj. – poinstruował.
- Dajesz mi je?
- Tak – mówił poważnie, bez żadnej nutki złośliwości. A przynajmniej tak na razie mi się wydawało.
- Nie są prawdziwe, prawda?
Wzruszył ramionami, choć ja znałam doskonale odpowiedź na to pytanie. Skoro osobiście mi je wręczał, a wiedział, komu ja je przekażę, musiały być fałszywe. Moje zapytanie więc było w zasadzie zbędne, a jednak i tak mi się wymsknęło.
Wstał powoli ze skórzanego fotela, po chwili zerkając na mnie z góry. Poszłam w jego ślady od razu, nie chciałam od niego odstawać. Podniósł kąciki ust, nie wiem, jak opisać jego uśmiech, i wyciągnął rękę przed siebie, by musnąć palcami mój policzek. Złapałam odruchowo za jego nadgarstek, tak bardzo machinalnie, że wprawiło mnie to w zakłopotanie. On nic sobie z tego jednak nie zrobił i opuścił rękę, wybawiając nas obojgu z tej sytuacji. Czułam, jak znowu staje przed nami niewidzialny, a tak dobrze odczuwalny, wysoki, gruby mur.
***
To było jedyne, pierwsze i, dotychczasowo, ostatnie spotkanie z moim ojcem. Wydarzyło się już dość dawno temu, na początku mojej służby w wojskach Salvadorskich. Dobre półtora roku temu.
Dokumenty, które mi wtedy dał, są ze mną do dziś. A raczej – czekają, cały czas, aż przekażę je w ręce Duncana. I mam do tego idealną okazję. Tak idealną, że grzechem byłoby ich nie wręczyć. Tak jak milion wcześniejszych okazji, których nie wykorzystałam. Czy dziś się to zmieni?
Ale czy jestem w ogóle w stanie mu je dać? Myślałam nad tym długo. Bardzo. Ale dalej nie jestem pewna, jak postąpić. Te dokumenty zaważają na tym, czy dojdzie do wojny, czy nie. Jeśli dojdzie – nie marszałkowie ją wszczną, tylko ja. Ja, bo zdecydowałam się dać te, na dodatek fałszywe, dokumenty.
Luźny kosmyk, który wysunął się z upięcia, połaskotał mnie po kąciku ust, dlatego zaczesałam go niesfornie palcami za ucho. Więcej na szczęście nie przeszkadzał, dlatego zaczęłam tłumaczyć, tym samym odpowiadając na zadane pytanie Duncana.
- Podoficer Henrich wysłał mi list. Prosił o powrót, bo plany uległy zmianom. Pisał, że chce skrócić czas zlecenia, okazało się, że już teraz potrzebuje jakichkolwiek zdobyczy – wyjaśniłam.
- Racja, mieliście być tam o kilka miesięcy dłużej – kiwnął głową. – Cóż, ja nie mam nic do dodania. Pogadam z nim jedynie, żeby robił żadnych pochopnych głupstw. Coś wspominał, że chciał was z powrotem, choć sądziłem, że jeśli już się na to zdecyduje, to mi powie – wzruszył ramionami.
Podzielałam jego zdanie, byłam pewna, że zawiadomi Duncana o moim i Kandy powrocie.
- Sprawozdanie napiszę Ci do jutra. Już rozmawialiśmy z Henrichiem, jak coś – skinął w odpowiedzi.
- A co udało wam się zdobyć?
Złapałam przelotne spojrzenie Kandy, zaraz jednak odwróciłam wzrok od jego kaszmirowych oczu.
- Praktycznie wszystko. Mnóstwo papierów i dokumentów, bronie, szyfry, kody, numery, plany, rysunki, zapiski niektórych rozmów, no i strategie, a przynajmniej ich większość.
- Dobrze się spisaliście. Mam nadzieję, że nie było wiele problemów – podniósł rdzawą brew.
- Było. Głównie przez nią. Na szczęście byłem razem z nią... – Kanda westchnął zmęczony, a ja wzruszyłam ramionami.
Duncan parsknął z uśmiechem i oparł się lędźwiami o krawędź biurka.
Kątem oka obserwowałam zaciekawione spojrzenie Ketii, która się nam przysłuchiwała. Wciąż nie mogę wyjść z podziwu, jak wiele się w niej zmieniło. Wszyscy się zmieniliśmy. Jesteśmy już inni, nowi, bardziej doświadczeni. Najchętniej o wszystkich dowiedziałabym się jak najwięcej.
Czy robię się stara, że chcę gawędzić o bzdetach? Czy może to tylko długi okres niewidzenia się?
- Czyli cały ten czas szpiegowałaś? – zagadnęła Ketia, na co uśmiechnęłam się zalotnie.
- Ale pamiętaj, jesteś jedyną osobą poufną, więc buzia na kłódkę – zaznaczył Dun, puszczając oczko w jej kierunku.
- Wiem, wiem. – zaznaczyła – Nieźle, pani agentko. – podniosła jeden kącik ust, co odwzajemniłam uśmiechem.
- Cóż, na mnie w takim razie pora. Rok czasu pilnując paniusi podczas zlecenia trochę męczy... – posłał wymowne spojrzenie Rudemu i mnie.
Pstryknęłam w jego ramię, natomiast Duncan zupełnie go zignorował.
- Zadbajcie o siebie. Możecie nawet tutaj zostać, choć ostrzegam, że nikt tu nie ma wakacji, więc i wy nie będziecie mieć – podkreślił, zadziornie spoglądając spod rzęs.
Westchnęłam, ale przyjęłam to, w pełni rozumiejąc, co ma na myśli. W zasadzie, nawet mam ochotę przebyć jakiś długi, okrutnie męczący trening. Tak o, żeby trochę odreagować. Może uda mi się zaciągnąć do tego Ketię? Na Kandę nie ma co liczyć...
Wkrótce wyszliśmy we dwójkę z pomieszczenia. Yuu, jak powiadomił, ulotnił się szybko, zanim zdążyłabym go złapać. Choć na razie i tak nacieszyliśmy się wzajemnie swoim towarzystwem do cna.
Na korytarzu, opierając miednicę o parapet, czekałam aż Keya załatwi swoje sprawy z bratem. Wpatrywałam się w czarne, błyszczące futro Czarnuszka, który leżał i wyciągał się do padających przez okno słonecznych promieni.
Ostatecznie nie wytrzymałam i zanurzyłam dłoń w jego miękkiej, puchatej sierści. Był zdecydowanie zbyt dużym słodziakiem do zignorowania go! Choć ten kociak nie towarzyszył mi często, czułam do niego pewnego rodzaju tęsknotę. W końcu tak czy siak zawsze gdzieś plątał się koło nas w trakcie wszystkich wydarzeń. Był ich obserwatorem, a może nawet uczestnikiem?
Od czasu do czasu dochodziło do mnie zza drzwi głosy Duncana i Ketii, jednak na tyle słabe, że nic z nich nie rozumiałam. Nie to, że w ogóle chciałam ich podsłuchiwać. Po prostu czekałam na dziewczynę, a drzwi nie były całkowicie szczelne.
Wreszcie wyszła z lekkim rozczarowaniem oraz frustracją na twarzy i zamknęła za sobą drzwi, aż coś w nich chrupnęło. Uśmiechnęłam się do niej, wstając z klęczek.
- Może porządny obiad poprawi ci humor? – położyłam dłonie na swoich biodrach.
- O matko, zdecydowanie! – zaśmiała się krótko. – Ale nie myśl, że dam ci na nim spokój z pytaniami – wzięła kocura na ręce.
- Spokojnie, ciebie też nie ominie wyczerpujący wywiad – zapewniłam.
Skierowałyśmy się do wyjścia luźnym krokiem. Podczas drogi gawędziłyśmy swobodnie, przy okazji rozmyślając, co zamówić Czarnuszkowi, bo jego też chciałyśmy nasycić, a miałyśmy nadzieję, że znajdziemy dla niego coś odpowiedniego.
Złapałam się na rozmyślaniu, jak bardzo brakowało mi takiego beztroskiego wyjścia i chwili pogody ducha. I jak głęboką więź zawarłam z Ketią, choć stworzoną jedynie na bazie wspólnych przeżyć. Wspomnienia wróciły i głośno odzywały we mnie sentymentalne uczucia.

Komentarze
Prześlij komentarz