Życie jest jak kuchnia – aby zrobić w niej cokolwiek, trzeba pobrudzić sobie ręce.

   Bezgłośnie parsknęłam nosem, a ptak mocniej wpoił swoje pazury w skórę mojego ramienia.

   - To Mac Dara. Mój... – szukałam w głowie odpowiedniego słowa – ...towarzysz. Jest trochę nieufny, pewnie dlatego przyleciał. Ale nie martwcie się, nie zaatakuje was – mrugnęłam okiem do Toniego.

   Orzeł zatrzepotał skrzydłami, muskając nimi mój policzek.

   - Potrafi jakieś fajne sztuczki? – spytała Keya z uśmiechem.

   - Został do nich stworzony – posłałam zagadkowe spojrzenie – W każdym razie... – urwałam na moment.

   Podłożyłam przedramię pod nogi ptaka, by na nim usiadł. Uczyniwszy to, ku mojemu zastanowieniu, jeszcze bardziej nastroszył pióra i zaczął taksować wzrokiem otoczenie.

   Wzięłam to pod uwagę, ponieważ takie zachowanie wskazywało jednoznacznie na wykryte przez Mac Darę zagrożenie. I bynajmniej nie chodziło o dwójkę nieznajomych dla niego ludzi stojących przede mną. Coś było nie tak, choć pewności nie miałam. Nie chciałam także niepokoić ani Ketii, ani Toniego.

   Szarpnęłam łagodnie ręką, by ptak z niej zleciał, co po niedługiej chwili rzeczywiście uczynił. Kątem oka śledziłam jego ruchy, gdy wzbił się w kierunku nieba.

   - A więc, skrytobójca, mówicie? – podniosłam lewą brew i uśmiechnęłam się – Jest tylko jeden problem. Nie lubię brudzić sobie rąk...

   Ketia odpowiedziała mi śmiechem i spojrzała z błyskiem w oczy.

   - Życie jest jak kuchnia – aby zrobić w niej cokolwiek, trzeba pobrudzić sobie ręce. – rzekła pół żartem, pół serio.

   - Lub założyć rękawiczki. - głęboki głos wyłonił się z oddali, z mroku.

   Dreszcz przebiegł wzdłuż mojego kręgosłupa, zjeżyły mi się włoski na karku. Orli wrzask przeciął powietrze niczym strzała. Dara dobrze kogoś wyczuwał.

  Nie było widać autora swoich słów, jednak po jego głosie zdawało się, że jest zaraz obok nas. Patrząc na reakcję moją i dwójki pozostałych, z pewnością nie były to przesłyszenia. Nie mogły być.

   Nie myśląc za wiele, aktywowałam moc swojego lewego oka. Nim na pewno dojrzałabym chociażby kłębek energii życiowej należący do tajemniczego przybysza.

   Zdążyłam jednak uchwycić tylko drobny ruch przybyłego, nim wyłonił się z otchłani mroku z pistoletem w dłoni, którego lufa celowała prosto w najbliższą mu osobę – Ketię.

   I wtem rozległy się strzały, jedne po drugim. Nieprzerwanie bijące, by dotrzeć i przedziurawić ciało generał.

   Jednak ku mojemu zdziwieniu, oraz uldze, dziewczyna zareagowała szybciej niż napastnik. Jej wszystkie ruchy były prawie nadnaturalne zwinne, więc nie dostrzegłam skąd dokładnie, ale wyciągnęła sztylety i zręcznie odbijała ostrzami każdy pojedynczy pocisk.

   Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie byłam zdumiona. Ta scena była rodem z filmów akcji, w rzeczywistości, chciałoby się rzec, niemożliwa. Oświetlane blaskiem księżyca sylwetki. Rude kosmyki falujące od ruchów ciała oraz podmuchów wiatru. Błyszczące srebrnym połyskiem ostrze sztyletów. Huk wystrzałów. Zwinne gesty Kamelott. I jej przeciwnik – odziany tylko od pasa w dół. Naga skóra smagana przyjemnym chłodem wiatru. Przystojna twarz o zimnym wyrazie, na którą padał srebrzysty promień. Wyprostowane dumnie plecy i nogi zdradzające potęgę pewności siebie napastnika. Zero wątpliwości. Zero niepewności. Zero wahań. Zero powstrzymywań. Wszystko płynne, zaplanowane i zrównoważone.


   Raz, raz, raz – powtarzalność huków pocisków ryła w głowie ich rytm.

   - Duncan! – warknęła Keya już zauważalnie poddenerwowana.

   - Oi, oi! – Tony także się wtrącił.

   Ściągnęłam do siebie brwi w geście konsternacji. Nie wiedziałam, czy interweniować między dwójkę rodzeństwa.

   Ketia, mając już dość tej zabawy, wykorzystała przerwę między kolejnymi wystrzałami i zbliżyła się jeszcze bardziej do brata, by odepchnąć się z całej siły od niego nogą.

   - Błąd – stwierdził.

   Złapał ją za nogę i powalił na plecy, nawet nie schylając się w jej kierunku. Trzymał w mocnym uścisku jej kostkę i celował bronią palną między jej oczy. Marszczyła brwi, a on podśmiechiwał się niedyskretnie.

   Nagle jednak Ketia uśmiechnęła się półgębkiem i wyrzucając w górę sztylety, podparła się rękoma o piasek. Odepchnęła się dłońmi od podłoża, następnie przekręciła tułów tak, żeby twarz skierować ku ziemi. Zgrabnie wykonała przejście w tył, wykorzystując do tego potężne pokłady sił, by wyrwać się z uchwytu Duncana. Ostrza wbiły się w międzyczasie w piach tuż przed jej stopami, gdy wylądowała. Ketia wyciągnęła je co prędzej, a rudowłosy mężczyzna opuścił broń.

   - Co ty tu w ogóle robisz? – spytała.

    Przekrzywił głowę.

   - Wyszedłem pobiegać, a że akurat tędy, natknąłem się na was.

   - Tak późno?

   - Jest najmilej. Zero ludzi, zero hałasu. I cudowny klimat – obrócił pistolet w dłoni.

   - Nie musiałeś od razu atakować Ketii – Tony oparł ręce o biodra, podnosząc brwi z uśmiechem niedowierzania na twarzy.

   - Muszę mieć pewność, że moi żołnierze są zawsze przygotowani na wszystko – niebieskie oczy zabłysnęły mężczyźnie.

   - Zastanawiam się, jakie ty treningi przechodziłeś, że się tak wyżywasz – złotooki się zaśmiał.

   - Chętnie sprawię ci takie same.

   - Sam zadbam o swoje umiejętności, podziękuję.

   - Jaka szkoda... – zerknął na mnie znacząco.

   Pokiwałam przecząco głową, na co się zaśmiał.

   Szybko podniósł rękę z bronią. Wystrzelił kolejne kule z pistoletu w kierunku Toniego i moim.

   - Za niedługo przestanę wierzyć, że robisz to „dla treningu” – stwierdziłam.

   - Nigdy niczego nie zapewniałem.

   Tony zrobił sprytnie unik, jak przystało na wspaniałą, kocią zwinność bez praktycznie żadnego wysiłku.

   Ja natomiast nie musiałam nawet kiwać palcem, gdyż Mac Dara zajął się moją obroną. Machnięciem skrzydeł wytworzył barierę powietrza, która odbiła kulę, jakby była piłeczką do ping ponga. Chwilę później ruszył na Duncana, jednak pozostał tylko na krążeniu wokół niego.

   - Widzę, że się dobrze sprawia. – zauważył Dun.

   - Owszem. W końcu to Ty go wyszkoliłeś – zaznaczyłam żartobliwie.

   - Masz coś konkretnie na myśli? – odpowiedział z zagadkową miną.

   - Skądże!

   - Szkoliłeś orły, Duncan? – Ketia podniosła brew.

      Marszałek podszedł do dziewczyny, kładąc dłoń na jej głowie z racji sporej różnicy wzrostu między nimi.

   - Jednego, kiedyś... – przeciągnął, by zbyć pytanie siostry.

   Poczochrał jej włosy, na co wbiła mu łokieć.

   Nastąpiła chwila ciszy. W jej trakcie podeszłam do brzegu i zanurzyłam dłoń w zimnej wodzie. Z zafascynowaniem oglądałam, jak wodne prądy zaczynają opływać moją rękę.

   - A właśnie, Tony, boisz się wody? – odwróciłam głowę do niego.

   Na moje pytanie zmrużył oczy podejrzliwie.

   - Czemu pytasz?

   - Z ciekawości. – parsknęłam.

   - Nie wchodzę, jeśli nie wymaga tego sytuacja.

   - Boisz się?!

   - Nie nadinterpretuj moich słów, madame – splótł ramiona na umięśnionej klatce piersiowej.

   Zachichotałam pod nosem krótko, nabierając w dłonie, ułożone w koszyczek, trochę wody.

   Podeszłam szybkim krokiem do Toniego i próbowałam go ochlapać, choć zdążył uciec, nim wszystkie krople go dosięgły.

   - Popracuj nad celnością!

   Machnęłam dłonią na jego słowa, ale dały mi one do myślenia. Może czas wybrać się na strzelnicę? 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wybacz, cel uświęca środki.

Przebudzenie

Pozorna wolność