Co dalej?
- Nie, coś jest nie tak...
Głos w słuchawce stał się przytłumiony i mniej wyraźny. Jego właściciel oddalił się od urządzenia, przez które się komunikowali, i rozglądnął wokół własnej osi. Zatrzymał się, kroki ucichły, ale echo i tak poniosło ich odgłos wzdłuż ścian budynku.
- Sprecyzuj.
- Nie ma króla, ale ktoś tu ewidentnie węszy. Wyczuwam tego kogoś, ale to zupełnie inny rodzaj... energii.
- Potrafisz stwierdzić skąd pochodzi ta energia?
- Właśnie się do niej zbliżam.
- Gdzie teraz jesteś?
- Wschodnie skrzydło.
- Nie każ mi wykorzystywać planu C.
Prychnął.
- Dzięki za wiarę, panie dowódco... Mówiłem ci, że go nie potrzebujemy – i go nie będziemy potrzebować.
- Możliwości jest mnóstwo, więc wszystkie musimy wziąć pod uwagę.
- Chyba kogoś sły... – zamilkł nagle.
Marszałek od razu intuicyjnie wyczuł, że dzieje się coś złego. Zacisnął szczękę i stanął nieruchomo w miejscu, by nasłuchiwać odgłosów z drugiej strony słuchawki.
Dotarł do niego trzask. Później huk spadającego ciężkiego przedmiotu. Syk bólu przeszył ucho marszałka, który był już pewien, że jego rozmówca został zaatakowany.
Przeraźliwie głośne szumy i szmery uniemożliwiły rozpoznanie krzyków, głosów, a później i strzałów, wydobywających się z komunikatora. Usłyszał tylko jedno słowo – kontrahent – i od razu wiedział, co się dzieje.
Wkrótce sygnał z żołnierzem został całkowicie przerwany. Szumy ustały, zapadła głucha cisza wokół.
Nie było czasu na rozmyślanie. Ruszył żwawym krokiem przed siebie, zaciskając w dłoni komunikator, który chwilę później włożył do kieszeni.
Z tej drogi miał doskonały widok na wschodnie skrzydło pałacu, choć z jego perspektywy wydawało się maleńkim punktem w oddali. Mógł obserwować, jak właśnie ten sam punkt błyska w jednej chwili rażącym światłem i wyzwala buchający ogień w powietrze.
Nie zatrzymywał się, nawet gdy wrzask wybuchu zaczął wypalać jego uszne bębenki. Nie zatrzymywał się, nawet gdy spacerujący ludzie osłupieni wpatrywali się w majestatyczny taniec długich wstęg palącego żywiołu. Ani wtedy, gdy zaczęli wykrzykiwać coś o zamachu.
On szedł dalej przed siebie. Widział zbyt wiele, żeby być wzruszonym tym żałosnym obrazem niezdrowo zaintrygowanych ludzi, wijących się i przeplatających pasm płomieni, duszącego dymu i huku spadających fragmentów pałacu.
- 50-54, we wnętrzu południowego, zachodniego i północnego skrzydła oraz środek. Doszczętnie. Nie zostawcie ani kawałka – nakazał żołnierzom, upewniwszy się, że nikogo w pobliżu nie ma.
Kontrahenci go wyprzedzili. Zabili króla. Ale miało to swoje plusy. Nie musiał odwalać brudnej roboty własnoręcznie, choć z drugiej strony właśnie to rodziło problem. Zaatakowali jednego z jego żołnierzy. Awaryjny plan C – zakładający wysadzenie pałacu w razie zagrożenia - miał być ewentualnością, a ostatecznie właśnie do jego realizacji zostali zmuszeni. Kontrahenci z pewnością zdadzą sobie sprawę, kto jest odpowiedzialny za to zdarzenie. I pozostaje niepewność – zaatakują magicznych czy im odpuszczą?
Lecz dowódca znał odpowiedź na to pytanie, bo była zbyt oczywista. Zniszczyli to, co kontrahenci chcieli przejąć. To jak wypowiedzenie wojny.
A wojna właśnie się zaczęła.
Ale kto zagra w tym przedstawieniu światłość, a kto ubierze maskę ciemności?
***
Huk za hukiem, raz za razem, odbijały się echem od pustych, zepsutych i suchych drzew. Wybuchów było dokładnie pięć. Ogień wystrzelił w górę z każdej strony pałacu, a dym uniósł się nad budynkiem zupełnie tak, jakby chciał okryć go niczym koc.
Nikt nie odważył się odezwać, dopóki głośne dźwięki nie ustały. Dopiero po tym wszystkie emocje wybuchły – wrzaski, krzyki, jazgot, skowyty, wycie, trzaski, wrzawa paliła uszy. I choć nie byłam w samym centrum tego zamieszania, bo stałam w pewnej odległości od pałacu, nawet stąd mogłam usłyszeć ten harmider, który nie zadziwiał. Zamach na króla? Może upozorowany? Wypadek? Co się stało?! Nikt jeszcze nie zdawał sobie sprawy, że ich król już wcześniej nie żył.
Jednak pytanie, dlaczego ktoś podłożył budynki wybuchowe, odbijało się echem w mojej głowie i na samą myśl o tym poczułam dziwny ciężar na płucach.
Analizowałam reakcję Nadii, jej ruchy i mimikę, ale byłam pewna, widziałam to po niej, że nie ma z tym nic wspólnego. Jej oczy były zbyt zdezorientowane, postawa zbyt spięta. Spojrzenie zbyt zdesperowane, jakby osoby, której plany zostały nagle pokrzyżowane.
Jednak akcja toczyła się dalej i nie można było pozwolić sobie na jej choćby chwilowe zatrzymanie.
Sebastian i Ketia nie dali się tym rozproszyć. Wykorzystali chwilę nieuwagi kontrahentki i wpakowali się zgrabnymi, szybkimi ruchami do środka terenówki. Zdała sobie z tego sprawę o ułamek sekundy za późno, choć i tak szybciej niż jej żołnierze.
Zaczęli strzelać do odjeżdżającego wozu, ale nic to już nie dało. Nawet wybite szyby i pogniecione drzwi od ołowianych pocisków nie powstrzymały Morana – który prowadził ten pojazd – przed szybką, naprawdę szybką, ucieczką.
Nadia jedynie zaczęła rozkazywać coś swoim ludziom donośnym, stanowczym głosem, zapewne naprędce wymyślając plan, ponieważ jej poprzedni kompletnie nawalił.
Moje pierwotne zamiary także się nie udały. Początkowo miałam zakraść się od tyłu na żołnierze Nadii i nią samą, jednak wybuchy skutecznie mi to uniemożliwiły.
Choć nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Skorzystam z okazji i podejdę bliżej pałacu, a być może wywęszę coś interesującego i znajdę odpowiedź na nurtujące pytania.
Postanowiłam tylko powiadomić esemesem Ketię i Morana, by nie zastanawiali się nadto nad moim zniknięciem. Wyjęłam telefon, najszybszą drogę kontaktu, i zaczęłam stukać szybko w klawiaturę na ekranie.
„Spotkajmy się w dworku, w którym mieliśmy spędzić noc. Chyba, że macie inne plany?” – wysłałam.
Zimny wiatr ostudził moje rozpalone policzki. Eliksir powoli przestawał krążyć w moich żyłach, co oznaczało, że moja niewidzialność się kończy. Jednak aktualnie było mi to na rękę.
Westchnęłam ze świstem, rozglądnęłam się wokół własnej osi, sprawdzając, co z Nadią. Ta wyglądała, jakby gdzieś się śpieszyła, a i tak nie wiedziałam, co mam z nią zrobić, więc postanowiłam zostawić ją w spokoju i odejść we własnym kierunku.
Zagwizdałam cicho, by przywołać Mac Darę, który posłusznie przyleciał do mnie chwilę później. Wydałam polecenie, aby także sprawdził teren wokół pałacu, a najlepiej jego wnętrze, i ewentualnie znalazł coś przydatnego, co przyjął do świadomości i odleciał wykonać. Sama ruszyłam w tę samą stronę, przy okazji przyglądając się zepsutym roślinom, spalonym drzewom i zniszczonej ściółce.
Stukot obcasów moich butów odbijał się od kostki bruku wyłożonej w formie ścieżki do pałacu. Ludzie kręcili się tutaj gęsto oraz zjeżdżali – policjanci, służby, dziennikarze, gapie. Wszyscy, którzy tylko mogli. Dlatego też łatwo było wtopić się w tłum i udawać zaintrygowanego, nieświadomego niczego przechodnia.
Odczytałam pobieżnym wzrokiem odpowiedź Ketii na moją wiadomość, w której pytała zdziwiona, dlaczego tam w ogóle zostałam. Nic jej już nie odpowiedziałam, stwierdzając, że lepiej będzie, jeśli wyjaśnię wszystko na żywo.
Policjanci próbowali wyprosić ludzi, gdyż dalej istniała możliwość zagrożenia. Lecz kto powstrzyma tłum zdeterminowanych do roznoszenia wieści gapiów? Tacy są jak mur, którego nawet najsilniejsi nie dadzą radę zniszczyć. Gorzej niż duże stado zwierząt.
Wypytywałam ludzi tak, jak robili to wszyscy, którzy uwielbiają plotkować, przybierałam maskę zmartwionej i wymyślałam teorie spiskowe z każdą napotkaną osobą, byleby tylko dostać od niej jakieś cenne informacje. Ciężko jednak było jakiekolwiek dostać, gdyż sprawa była ekstremalnie świeża i nikt, absolutnie nikt, nic jeszcze nie wiedział – nawet ci z wykwalifikowanych służb. Co było w zupełności zrozumiałe i zdałam sobie sprawę, że na razie nie ma szans na dowiedzenie się czegoś ciekawego – a przynajmniej na pewno nie od przechodniów.
Ostatecznie poddałam się i pozostawiłam „szpiegostwo” Mac Darze, w końcu jeśli on będzie węszył, nie ma sensu, abym i ja to robiła. Teraz musiałam dostać się, zapewne poprzez taksówkę, na dworek, aby wrócić do dwójki towarzyszy.
Ale nawet gdy zajmowałam myśli czymś zupełnie innym, nie mogłam powstrzymać się od uczucia, które wmawiało mi, że to wszystko to dopiero zapowiedź przyszłych wydarzeń. Dlatego chodziłam cała spięta, a w mojej głowie zaczął ćmić lekki ból od natłoku różnych boźdźców.
Co dalej?
Hm, wiem, coś tutaj nie gra...

Komentarze
Prześlij komentarz