Nie jadę.

   Jeszcze długą chwilę opierałam się o drewnianą powłokę drzwi zaraz po wejściu do swojego pokoju, nie zaświecając światła. I nawet gdy zaczęły boleć mnie łopatki (miejsce najbardziej stykające się z twardym drewnem), wciąż stałam w tej samej pozycji. Na przeciwko mnie znajdowało się okno, dość szerokie, kwadratowe, toteż mogłam wlepić swój wzrok w zapierającym dech w piersiach pejzażu. A tego wieczoru było co podziwiać.

   Mroczny zmierzch połykał ciemnością krajobraz, by zatapiać go powoli w otchłani czerni pod osłoną gwiezdnego, ciemnego firmamentu. Księżyc ukrył się zawstydzony za szarymi kłębkami puchu, a migoczące punkty na niebie pulsowały coraz jaśniej z każdą mijającą minutą.

   Jak można nie zakochać się w tej porze doby? Pora, która łączy dwa zupełnie różne czasy – dzień i noc. Pora, która przeplata je ze sobą, by zamiast ostrej, chamskiej granicy, można było zachwycać się gradientem mijającego się słońca z księżycem – i księżyca ze słońcem. Przy żadnej innej porze nie czułam się tak mocno zainspirowania, jak właśnie przy zmierzchu. I jestem pewna, że nie tylko ja wiążę z tym widokiem takie uczucia, co mnie w zupełności nie dziwi.

   Okno było uchylone, dzięki czemu mogłam napełnić płuca rześkim powietrzem letniej nocy, aż przed moimi oczami nie pojawiły się czarne kropki.

   Odepchnęłam się wreszcie od drzwi, przeskakując szybko do swojego miękkiego łóżka (a raczej dużego, wygodnego materacu), by paść na nim jak długa. Westchnęłam ze świstem, przymykając oczy. Czułam, jak każdy spięty mięsień rozluźnia się, a ciało wreszcie odpręża.

   Kiedy poczułam przednie łapki Czarnuszka na swoim brzuchu, drgnęłam z zaskoczenia. Podniosłam głowę, by nawiązać kontakt wzrokowy z jego złotymi ślepiami i wyciągnęłam dłoń w kierunku pyszczka kocura. Podniósł dumnie ogon, gdy musnęłam go lekko po błyszczącej w świetle gwiazd sierści.

   - Pieszczoch z ciebie, Czarny – wyszeptałam.

   Wysoki ton cykad zagłuszył mój cichy głos, lecz i tak doczekałam się mruczącej odpowiedzi od Czarnuszka. A może zaczął mruczeć jeszcze przed moimi słowami?

   Kot zaczął wdzięcznie ubijać łapkami moje ubranie i fałdki brzucha, na co nieświadomie podniosłam kąciki ust.

   Oparłam kark o poduszkę, rozkoszując się wygodną pozycją i ciepłem ciała Czarnuszka. Maczałam palce w jego sierści, powoli oddawałam się ciepłej, kojącej senności i debatowałam w głowie nad plusami oraz minusami wstania z łóżka w celu odświeżenia się przed snem. Jednak lenistwo zdecydowanie wygrało, nie chciało mi się już nigdzie ruszać. Trudno, rano pójdę pod prysznic.

   Sapnęłam, sarkając bezgłośnie z zaskoczenia i nagłego ciężaru, który przygniótł mój tułów.

   - Tony, dlaczego... – wycharczałam, cudem wydobywając z prawie zmiażdżonej przepony powietrze, by mówić.

   - Mmm... – wymruczał, nie kwapiąc się na pełną odpowiedź.

   - Zejdź, proszę. – próbowałam brzmieć stanowczo.

   Dłońmi zepchnęłam jego lelawe i okrutnie leniwe (niedziwne jak na kota) ciało na bok i podciągnęłam się w górę, żeby trochę się odsunąć.

   - Ej, było wygodnie – wsparł się o przedramiona, dalej leżąc rozwalony na całym materacu.

   - Tylko kiedy byłeś w kociej formie – wzruszyłam ramionami.

   - Dalej mnie możesz głaskać – zabrał moją dłoń i położył ją sobie na włosach.

   - Straciłam ochotę – zaśmiałam się, na co prychnął zawiedziony.

   - Kot wybiera akurat ciebie, a ty odrzucasz ten zaszczyt? – złapał się teatralnie za serce.

   - Tak.

   - Błędna decyzja – usiadł wpół i splótł ramiona na dobrze zbudowanych piersiach.

   Machnęłam dłonią, a on skwitował naszą rozmowę serdecznym śmiechem. Przybliżył się do mnie i zaczął torturował łaskotkami, a raczej próbował torturować, bo łaskotek nie posiadam. Dlatego też rozczarowany musiał odpuścić i zawiedziony pogodził się z przegraną. Ja natomiast nie mogłam powstrzymać się od cynicznego uśmieszku.

   - Jutro wyjeżdżacie na misję, prawda? – zmienił temat.

   - Ketia cię zawiadomiła? – puścił mi oczko na to pytanie, choć nie wiedziałam, jak to zinterpretować (lub się domyślałam).

   - Byłaś już kiedyś na podobnej misji?

   Zastanowiłam się na moment.

   - Chyba tak... Ale na pewno nie z tego samego powodu. I nie o takiej samej skali.

   - Myślałem, że księżniczka jest raczej domatorką – w jego głosie wybrzmiała nutka ironii.

   Prychnęłam serdecznie, spuszczając wzrok na pościel. Przysunęłam się plecami do ściany, a kolana podciągnęłam pod brodę, którą na nich oparłam. Ziewnęłam przeciągle i raptem przypomniałam sobie, jak bardzo śpiąca jestem.

   Zdałam sobie sprawę również z tego, że wciąż moje stopy odziane były w obuwie. Ściągnęłam więc je szybko i niedbale rzuciłam gdzieś w głąb pokoju. Jutro będę zastanawiać się, gdzie są, ale mam nadzieję, że wylądowały w miarę na widoku, aby łatwo można było je zauważyć.

   - Będziesz z nami jechał?

   - A chcesz? – uśmiechnął się zadziornie.

   - Po prostu jestem ciekawa – podniosłam kąciki ust.

   - Ależ nie musisz się tłumaczyć.

   Przez uchylone okno wpadł do pokoju jeden z mocniejszych i zimniejszych podmuchów wiatru, który musnął moją twarz przyjemnym chłodem. Tony przymknął oczy, także pogłaskany przez wstęgę nocnego wiatru.

    - Wracając do pytania, nie. Nie jadę. Mam już zajęcie, więc nawet jeśli bym chciał... niestety nie tym razem – wzruszył ramionami i puścił mi oczko.

   - Zajęcie, mówisz?

   - Im mniej wiesz, tym lepiej śpisz.

   Położył mi swoją męską, ciepłą dłoń na głowie, czochrając przyjaźnie włosy. Oddałam mu poprzez kuksańca w bok, na co udawał (swoją drogą bardzo kiepsko), że to go zabolało.

   Sprawiasz wrażenie, jakbyś miał robić coś co najmniej nieodpowiedniego, Tony... – stwierdziłam.

    Zanim dowiedziałam się, dlaczego konkretnie zawitał w progi mojego lokum, zdążyłam już usnąć, gdzieś w międzyczasie jego flirtów a wzajemnych wymian pojedynczych zdań. Byłam już naprawdę zmęczona plus lekko podpita, co potęgowało trzykrotnie senność.

   Obudziłam się w tym samym momencie, co słońce wyłaniało pierwsze promienie zza horyzontu. 

   Toniego już nie było, co oznaczało, że musiał opuścić mój pokój, kiedy spałam. 

   Zza okna przywitał mnie cichy śpiew ptaków dający sygnał wszystkim do pobudki. Granat nieba dopiero powoli był zastępowany przez różowo-czerwoną poświatę, a chłód poranka gęsto mnie otaczał, osiadając na skórze i tworząc na niej gęsią skórkę. Wschód słońca dopiero się zaczynał, ponieważ wciąż na niebie panowała ciemność i mrok pozostała z nocy.

   Było dość wcześnie, jak na moje rutynowe wstawanie. Cyfrowy zegarek stojący na szafce nocnej obok mnie, którego duże, pomarańczowe cyfry wwiercały się w moje oczy, śmiało zdradził mi aktualną godzinę.

   Czwarta dwadzieścia dziewięć.

   Usiadłam na materacu, powoli dochodząc do rzeczywistości. Podkoszulek na moim ciele zmiął się od wiercenia się podczas snu i lekko zjechał, a moje włosy przypominały jeden wielki puch. Westchnęłam przeciągle. Zdałam sobie sprawę, że nie będę w stanie ponownie zasnąć. Nawet, o dziwo, czułam się wyspana.

   Zsunęłam się z ciepłego łóżka i postanowiłam wykorzystać fakt wczesnej pobudki. Nie zaszkodzi poruszać się trochę przed misją z Ketią i Moranem.

   Dlatego też niedługą chwilę później wylądowałam na zewnątrz na chodniku. Przebierając nogami w równym tempie truchtu, podziwiałam widoki zachwycającego wschodu słońca spomiędzy wysokich gór, oglądałam budynki, ludzi, którzy także postanowili już wyjść ze swoich łóżek i obserwowałam, jak całe wojsko budzi się do życia już od godziny piątej nad ranem. Postanowiłam jednak wrócić do swojego pokoju, gdy zrobiło się zbyt tłocznie na ulicach i w spokoju przygotować przed wyjazdem.



   Dzisiejszego ranka na placu głównym rynku Aveyron doszło do strzelaniny, której ofiarami było łącznie siedem osób – dwójka dzieci, czworo dorosłych i funkcjonariusz policji. Według świadków wszystko zaczęło się od ataku nożownika na policjanta znienacka. Atak poprzedził... – czytałam w głowie, śledząc uważnie każdą linijkę tekstu z gazety.

   Moja lektura została jednak przerwana stuknięciem w ramię, na co odwróciłam głowę w kierunku źródła nagłego dotyku. A owym okazała się rudowłosa generał patrząca na mnie wyczekującym wzrokiem.

   - Już lądujemy? – spytałam.

   - Tak, zapnij pasy. Chyba że zamierzasz latać po pokładzie – prychnęła Ketia, a ja wywróciłam oczami.

   - Wolałabym nie latać podczas lądowania.

   - Ja bym z chęcią pooglądała, jak się obijasz.

   - Nie, nie. Nie dam ci tej satysfakcji.

   - Kurde, a mogłam ci nic nie mówić. – zaśmiała się, a ja uniosłam brwi w geście rozbawienia.

   Gdy wylądowaliśmy i wyszliśmy z samolotu, parna duchota opadła na nasze ramiona i buchnęła nam w twarz niczym duszący dym. Nawet powiew wiatru (i tak ciepłego) nic nie pomógł, bo asfalt, beton i inne kruszywa siąknęły gorąc promieni słonecznych, przy okazji nagrzewając wszystko wokół. Czułam się jak wacik zamoczony w gorącej wodzie, nasiąknięty po brzegi wrzątkiem.

   Przejechałam wierzchem dłoni po czole. Poczułam jak już teraz skrapla się na nim pot. Nie zachęcało mnie to do przebywania na tym okrutnie parzącym i wręcz wypalającym skórę słońcu, ale fakt, że gdy wyjdziemy z samego wnętrza lotniska, zostaniemy otoczeni chłodnymi, zacienionymi lasami, motywował mnie wystarczająco, by ruszyć tyłek i podreptać za Ketią i Sebastianem. Dało się zobaczyć, że i oni upału nienawidzą i już teraz ich wykańcza, choć wcale mnie to nie dziwiło. Bo kto normalny lubi ten ohydnie duszący skwar?

   Książę Gaston czekać miał na nas przy wyjściu z lotniska. I faktycznie zastaliśmy jegomość tuż po przekroczeniu progu potężnych, szklanych drzwi.

   Mówiąc szczerze, w mojej głowie wydawał się zupełnie inny. Totalnie. I nie tylko pod względem wyglądu.

   Tymczasem stał przed nami, luźno trzymając swoje dłonie w kieszeniach wygodnych spodni, a jego twarz o łagodnych rysach przyozdabiał swobodny uśmiech – ani nie wywyższająco rozciągły, ani nie nieśmiało niepewny. Był... zwykły, a przy tym emanowała od niego ciepła energia wyróżniająca go na tle innych. Być może tworzyło to lekki paradoks, ale tylko takie słowa opisują aurę księcia.

   Nie było przy nim nikogo. Raczej spodziewałam się, że będzie na tyle przezorny, że weźmie ze sobą ochroniarzy, ale tego nie uczynił. Najwidoczniej jest pewny siebie – ewentualnie ryzykuje.

   - Wreszcie się spotykamy. Pozwólcie, że oszczędzimy sobie formalności. Mówcie mi na „ty”, jakbym był zwykłym kolesiem z sąsiedztwa. Przeszkadza wam, jeśli pojedziemy moim samochodem?

   - Skorzystamy z chęcią – Moran zabrał głos.

   Skierowaliśmy się całą trójką za księciem, na szczęście nie musieliśmy przechodzić zbyt wiele, gdyż jego pojazd zaparkowany był nieopodal.

   Bardzo, bardzo ładny pojazd. Nie dziwiło mnie, że wyglądał jak milion dolarów – i być może tyle zostało w niego włożone – w końcu status jego właściciela na spokojnie zapewniał takie luksusy. Już na pierwszy rzut oka było widać, że nie będziemy mieli na co narzekać – pod wszystkimi możliwymi względami.

   Blask czerni mienił się w południowym słońcu, wypolerowane wykończenia lśniły głębią koloru, zachwycając ludzkie oko swoją estetyką. Wnętrze zdumiewało idealnym dobraniem czarnej, sztucznej skóry ze sztuczno-drewnianymi dodatkami. Elegancja, koloryt i stylistyka prezentowały się na najwyższym poziomie. Pod względem funkcji, jakie to auto posiadało, było to spełnienie marzeń każdego kierowcy – wszystkie luksusy, jakie tylko by się zapragnęło.

   - Zapewne macie ochotę dowiedzieć się czegoś więcej o tej Bestii – odezwał się książę Gaston.

   - Byłoby dobrze – zaznaczyła Ketia.

   - Nie wiadomo, jak pojawiła się w naszych lasach. Ale powiem tak, jest źle. Bardzo źle. Nie wiem, ile dokładnie przekazali wam już na spotkaniu. W każdym razie, nie wzywalibyśmy was, gdybyśmy dali radę temu zaradzić. Sami nie wiemy zbyt wiele, choć lepsze to niż nic. Prawdopodobnie demon, odpowiedzialny za te zamieszki, wykreował dziwnego stwora, którego właśnie nazywamy Bestią. Kierowaliśmy się już do OWS*, ale... nic to nie dało, bo straciliśmy tylko żołnierzy.

   Nastąpiła chwila ciszy.

   - Dlaczego „straciliście”? – spytałam.

   - Czekałem na to pytanie – zaśmiał się – Najpierw zauważyliśmy straty w ludziach. Wszyscy, którzy wchodzili do środkowych lasów, znikali. Po prostu znikali. Wysłaliśmy więc żołnierzy OWS, by coś temu zaradzili, sprawdzili, co się dzieje. Ale oni też znikli. Ślad po nich zaginął.

   - Zaraz, posłaliście wszystkich żołnierzy? – spytał Sebastian.

   - Jasne, że nie – lewa dłoń księcia zręcznie prowadziła kierownicę, a druga sprawnie zmieniała biegi – To by było bez sensu.

   - Nie dostaliśmy żadnej informacji od OWS o Bestii. Gdyby zniknęli wszyscy żołnierze OWS, byłoby jasne dlaczego takowej nie otrzymaliśmy, ale teraz mnie to zastanawia. – stwierdziła Keya.

   - Ah, nie, wszystko w porządku. Mój ojciec nie chciał, aby wam przekazywali, bo wolał wysłać do was przedstawicieli, którzy powiedzą wam to na żywo.

   Mam mieszane uczucia co do tego.

   - Ale skąd wiecie, że to demon?

   - Cóż... – książę zdawał się dobierać w głowie odpowiednie słowa – Wykryliśmy po prostu demoniczną energię na terenie przesiadywania Bestii.

   Auto weszło w ostry zakręt, przez co mimowolnie przechyliłam się lekko w bok.

   - Ale nie nastawiajcie się optymistycznie. Jest jeszcze jeden problem. Demon przyciąga potwory. A że miejsce do żerowania mają idealne, to pewnie możecie sobie wyobrazić, jak to wygląda.

   - I ty chciałeś zająć się tym sam? – zauważyła Ketia.

   - Gdybym nie był pewien swoich umiejętności, nie stwierdziłbym, że chcę go pokonać sam. A gdybym nie miał umiejętności na poziomie, na którym mógłbym stanąć twarzą w twarz z demonem i bestią, nie mógłbym być przyszłym królem Silangan.

   Brzmiał pewnie swoich słów. Biła od niego siła młodzieńcza i odwaga. Miałam jednak wrażenie, że za jego słowami i postawą kryją się złudne ideały.

   - Być może.

   I zamilkliśmy. Reszta drogi do środkowych lasów, których tereny zajmowała Bestia, minęła zaskakująco szybko, urozmaicona pogawędkami, niekiedy wręcz śmieszkowaniem, urokliwymi widokami krainy za wbudowaną szybą i przyjemną muzyką, płynącą z głośników samochodu.

   Najgorszemu mieliśmy dopiero stawić czoła. Wątpliwości rosły z każdym kolejnym biciem serca. Coraz większe, coraz gorsze, coraz bardziej uciążliwe. Jednocześnie wraz z nimi pojawiały się iskierki podekscytowania – ale czy dobrego?

   Dreszcze przebiegły wzdłuż mojego kręgosłupa na tę myśl. Zignorowałam je, wlepiając wzrok w gęstwinę drzew za oknem.


*Oddział Wojsk Salvadorskich – tutaj: działający na terenie Królestwa Silangan

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wybacz, cel uświęca środki.

Przebudzenie

Pozorna wolność