Środki na chwasty.
Siedziałam na przednim fotelu, wygodnie się na nim opierając. Starłam
się unikać kontaktu wzrokowego z księciem, tylko od czasu do czasu zerkając w
jego stronę. Za mną umiejscowiła się Sitia, a jej bezpieczeństwem miał zająć
się Moran. I mimo, że ją o tym nie poinformowałam, po to między innymi z nami
wyjechał.
Miał co prawda kilka innych funkcji, które miał spełnić przy naszym boku, ale
to ochrona Białowłosej była jego główną fuchą. I najwyraźniej wcale mu to nie
przeszkadzało, bo szybko złapali dobry kontakt.
Nie mogłam też pozwolić sobie na zbytnie rozproszenie myśli. Właśnie jechaliśmy
z obcym człowiekiem, który miał bezpośredni kontakt z Królem Królestwa
Silangan. To spotkanie było oficjalne, a zarazem mocno intymne przez zachowanie
samego dziedzica tronu. Zachowywał się nad wyraz naturalnie, wręcz
lekkomyślnie. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. I być może o takie wrażenie mu
chodziło.
- Zaraz będziemy na miejscu. – poinformował, kiedy krajobraz całkowicie się
zmienił.
Rosłe drzewa, jeszcze przed chwilą zadziwiające żywą zielenią – zmieniły
drastycznie kolor. Były obdarte z życia, pozbawione swoich funkcji.
- Tutaj pojawia się kolejna tajemnica – zaczął Książę, zwalniając niemal do stój. – Prawdopodobnie to pierwsze skażone miejsce.
- Skażone? – Sitia nie pozwoliła na to, aby jakikolwiek szczegół umknął.
Zbierała informacje od razu.
- Stało się to na pewno ponad miesiąc temu. Badacze to potwierdzili, a jednak – przerwał na chwilę, spoglądając w tylne lusterko. Najpewniej aby złapać kontakt wzrokowy z pytającą. – Ziemia całkowicie obumarła.
Przełknęłam ślinę, ściągając do siebie brwi. Miał rację, bo jeśli to wydarzyło się tak dawno temu – dawno powinny pojawiać się tutaj nowe rośliny. Ziemia powinna na nowo przywoływać życie. Tymczasem wiało tutaj chłodem śmierci.
Nie miałam na czym zawiesić wzroku. Wszystko tutaj spowite było nicością. Mimo tego, nie odrywałam spojrzenia od ledwo trzymających się ziemi pozostałościach drzew. Dobrze wiedziałam, że te lasy były zawsze wielkim atutem tego królestwa. Ich utrata mogła być dla nich wielką porażką. I to prawdopodobnie dlatego właśnie nas tutaj sprowadzono.
- Dziwne. – mruknęłam pod nosem, dotykając palcami podbródka, jakby miało mi to pomóc w skupieniu myśli. – Ci badacze… mówili coś jeszcze?
- Najprościej mówiąc, porównali to do działania środków na chwasty. Próbki są nadal w labolatorium, substancja pozostaje zagadką. – chłopak westchnął, zmieniając bieg, aby szybciej ruszyć. – Dlatego muszę szybko się tym zająć – kątem oka zauważyłam, jak na jego suta wpływa lekki uśmiech. – A wy mi w tym pomożecie.
To nie była prośba. I na nasze nieszczęście musieliśmy się poddać jego słowom. Tego wymagały zasady. Tym był plan Duncana.
Ruszyliśmy przez powstałe pustkowie, kierując się w stronę grzejącego słońca. Nasz cel podróży jednak okazał się inny niż zakładałam. Kiedy wyjechaliśmy z skażonego miejsca znów otoczyły nas wysokie i dostojne drzewa. Granica była wyraźna i budziła we krwi dozę grozy. Ktoś władał potężnym i groźnym żywiołem. Bez odpowiedniej strategii nie będziemy mieli żadnych szans.
Po godzinnej przejażdżce w końcu dotarliśmy na miejsce. Na polanie znajdowało się kilka drewnianych domów. Wyglądało to jak mini osiedle, a jednocześnie wydawało się zapuszczone i niezadbane.
- Kiedyś było tutaj więcej takich miejsc odpoczynkowych. Niestety nikt nie chce do takich miejsc przyjeżdżać. Nasza turystyka upada.
Książe jakby czytał w moich myślach. Nie skomentowałam jednak jego słów. Wydawały mi się nieco zbyt jawne.
- Szkoda. – Moran pierwszy wysiadł z zaparkowanego już samochodu. – Idealne miejsca na ognisko, piwo i…
- Nie słychać tutaj zwierząt. – zauważyła Sitia, która nie pozwoliła dokończyć Sebastianowi.
Faktycznie miała rację. Panowała tutaj martwa cisza, mimo, że roślinność była bujna.
- Uciekają z lasów, pojawia się ich coraz więcej w miastach. To rodzi kolejne problemy… - przerwał na chwilę, aby zaraz potem wyszczerzyć białe zęby. – Ale teraz chciałbym wam pokazać kolejną interesującą rzecz.
Żwawo wysiadł z auta, kierując się w stronę wolnostojących domków. Powoli zrobiłam to samo i już po chwili cała nasza trójka kroczyła za plecami przyszłego Króla. Przez chwilę w mojej głowie pojawiło się jego martw ciało i jego jeszcze bijące, ciepłe serce w moich dłoniach. Widziałam jego śmierć.
Szybko jednak odrzuciłam ten obraz. Do tego najprawdopodobniej nigdy nie dojdzie. Stwierdziłam jednak, że jest zbyt nieuważny. Za łatwo odsłonił swoje plecy.
- Zaraz wkroczymy w strefę, doświadczycie czegoś niespotykanego. Nie musicie się jednak bronić.
Jegomość obrócił twarz w naszą stronę, cwaniacko się uśmiechając.
Zaraz potem, nagle i zupełnie niespodziewanie ogarnęło mnie dziwne uczucie. Po moim ciele rozszedł się prąd, stawiając każdy włos w gotowości. Nastroszyłam się zarówno zewnętrznie, jak i wewnętrznie. Czułam narastający niepokój, nakazujący chronić swoje naczynie.
Weszliśmy do czegoś podobnego do bańki. Minimalnie zmieniło się otoczenie, szarzejąc i tracąc swoje żywe wcześniej kolory. Z zewnątrz jednak nigdy bym czegoś takiego nie dostrzegła. To było coś, o czym można było się dowiedzieć dopiero od środka.
Niebezpieczna broń, czy straszna, ale niegroźna iluzja?
- Co do… - Moran wydawał się zaskoczony, ale jego mimika wyrażała coś zupełnie przeciwnego.
- Nazywamy to barierą. Pozornie nic się nie zmieniło, a jednak atmosfera jest inna.
Skinęłam głową na słowa Gastona.
- Są dwa takie miejsca w naszym Królestwie. Wyglądają jak jakiś portal, ale zupełnie nic takiego się w nich nie dzieje. Wykrywamy tutaj jedynie wzmożoną działalność potworów. Tylko, że wydają się niewidzialne.
Konturował spokojnym, wręcz znudzonym tonem głosu. Ja za to czułam pewną dozę fascynacji. Wydawało się to tak mocno irracjonalne, że jeszcze mocniej chciałam znaleźć zarówno przyczynę, jak i zbadać skutek. Prawdopodobnie nie będzie mi dane wykończyć obu tych rzeczy.
- Nie – nagle głos zabrała Sitia, tnąc powietrze ostrą barwą głosu. – One tutaj są. Jest ich mnóstwo…
Spojrzałam na jej twarz, na chwilę zamierając. Jej oko świeciło jasną barwą, jednocześnie chowając się za jeszcze mocniejszą mgłą. Trwało to jedynie kilka sekund, aby potem ponownie wróciło do wcześniejszego wyglądu.
-To nie potwory. To ludzkie dusze. – mruknęła ciszej, ale na tyle głośno, że każdy z nas mógł to doskonale usłyszeć.
- Są niebezpieczne? – zapytałam jedynie, wracając spojrzeniem w miejsce, w którym siostrzenica miała widzieć umarłych.
- Nie jestem w stanie teraz tego stwierdzić. Nie mogę też zapewnić, że są niegroźne.
Skinęłam głową, rysując w głowie mapę z informacji, które zgromadziliśmy. I nic, absolutnie nic nie trzymało się spójnej jedności.
Może tak naprawdę chodziło o dwie różne sprawy? Może była to jedynie pułapka, która miała odciągnąć naszą uwagę? Nie potrafiłam stwierdzić, czy obie te rzeczy się ze sobą łączą, czy może wręcz przeciwnie.
* * *
Książe Gaston dowiózł nas na miejsce, w którym mieliśmy
przespać tę noc. Był to sporych rozmiarów dworek, oddalony jeszcze mocniej w
głąb lasu od miejsca, które początkowo odwiedziliśmy. Zjedliśmy syty obiad w
wielkiej Sali do tego przeznaczonej i mieliśmy teraz wolny czas. Mi jednak
wciąż cała sprawa nie dawała spokoju.
- Nie uważacie, że to dziwne? – wtuliłam policzek mocniej w poduszkę,
podciągając kolana ku piersiom.
Leżałam teraz zwinięta w kulkę na miękkim materacu. Jego woń koiła moje zmysły,
nakłaniając do błogiego snu.
- Co konkretnie? – Moran opadł na fotel obok, zabierając w dłonie kubek z
ciemną whisky.
Westchnęłam, zawiedziona jego małym zainteresowaniem tą sprawą.
Posłałam mu jedynie zmęczony wzrok, na który wygiął usta w niewinny uśmiech.
- Wydaje mi się, że te dwa zabiegi są celowe, albo przynajmniej w jakiś sposób
się ze sobą łączą.
Wtrąciła się Sitia, która siedziała teraz na sporych rozmiarów parapecie i
wyglądała przez okno na wieczorną panoramę.
- Wtedy musielibyśmy mieć dwóch użytkowników różnych mocy… - zamknęłam oczy,
wracając wspomnieniami do uczuć, które towarzyszyły mi wśród tych dwóch
zjawisk. – Żywioł ognia i Śmierci?
- Użytkowników… Chodzi Ci o Kontrahentów? – Sebastian wyraźnie się ożywił, a
mogłam to stwierdzić po samym jego głosie.
- Ich istnienie zostało potwierdzone? – dziewczyna najwyraźniej już o tym
słyszała, bo wcale nie brzmiała na zaskoczoną.
Ciężko mi było jednak odpowiedzieć na jej pytanie. Nie lubiłam brać za pewnik
coś, o czym nie byłam przekonana w stu procentach i dowodziły temu fakty.
Musiałam więc brać to za pewną możliwość, choć wcale się z tego powodu nie
cieszyłam.
- Staramy się na nich polować, ale jak na razie potrafią się bardzo dobrze
chować. Kiedy złapaliśmy jednego, szybko popełnił samobójstwo. Nawet dokładne
przebadanie zwłok nie wykazało żadnych aktywności magicznych. Co jest dziwne, bo przypadku Demonów, Aniołów i ich pochodnych…
Możemy po śmierci z łatwością pobrać wytwarzającą się moc.
Uchyliłam powieki, aby spojrzeć na moich rozmówców. Ich twarze zwrócone były w
moją stronę, co sprawiło, że się zawstydziłam. Nasunęłam na nos poduszkę,
przygryzając jednocześnie dolną wargę.
Głos zabrała Sitia, a w jej oczach wyraźnie tańczyły jasne ogniki. Nawet
mgliste oko wydawało się teraz nad wyraz pobudzone.
- Kontrahenci, ciekawe z nich zjawisko. – przyznała tymi słowami zarówno fakt,
że o nich wie, jak i to, że jest równie zainteresowana, co ja. – Muszą w takim
razie otrzymywać moc z zewnątrz. Być… zasilani.
Miała rację. Inaczej musieliby posiadać cząstki samej Magii w sobie. Tak, jak
to występowało w przypadku Halfbreadów czy Nephalemów. To niestety nie
odpowiadało nam na pytanie, czego mogliby chcieć, albo czym właściwie są.
- Dlatego ta misja jest tak ważna. Duncan podejrzewa, że może za tym stać
zorganizowana grupa. Wojsko ma władzę i trwa to już nieprzerwanie przez dwa
lata. To aż dwa lata.
- Ludzie szybko się nudzą. – Moran podzielał moje zdanie, posyłając mi
teraz przenikliwe spojrzenie, pod którym momentalnie się zarumieniłam. –
Pozycja Duncana zaczyna się chwiać. Hieny tylko czekają aż pojawi się padlina.
Wiedzą, że Potęga zawsze ma swój koniec.
Zamieszał płynem w szklanym naczyniu, kilkukrotnie obijając alkoholem o ściany
szklanki. Następnie upił olbrzymi haust whisky i wstał.
- Dokładnie – potwierdziłam jego słowa, chociaż wcale nie musiałam tego robić.
Sitia wciąż uważnie nas słuchała. – Nie mogą jednak pokonać Potęgi
bezpośrednio. Obie strony mają wady i zalety.
Westchnęłam, wychylając w końcu całą twarz zza poduszki.
Obserwowałam jak Sebastian kładzie dłoń na ramieniu białowłosej, aby następnie
obdarzyć ją szerokim uśmiechem.
- Woja z Nadniebnymi już się skończyła, traci na znaczeniu. Dlatego właśnie
ludzie zaczną bój między sobą. Wtedy twój ojczulek mógłby w nas mocno uderzyć.
I nagle jego twarz zmieniła wyraz. Mimo uśmiechu biła od niego dziwna
tajemniczość i nienawiść.
- Coś sugerujesz? – dziewczyna najwyraźniej podłapała jego grę, bo również
lekko i z pełną gracją uniosła kąciki warg w półuśmieszek.
- Absolutnie nic. – oderwał od niej dłoń, gładząc następnie przez chwilę jej
miękkie włosy. – Skoro jesteś po części w naszym zespole, omawiam jedynie pewne
scenariusze, które mogą się pojawić.
- Osiągając szczyt, wcale nie będzie łatwiej. Dobywają nas wtedy silne wiatry
i…
Nie mogłam dokończyć, bo drzwi do pokoju wydały z siebie głośne skrzypnięcie.
- Przepraszam, że tak bez pukania, ale musicie natychmiast podjąć działania –
do środka wsunęła się jasna, blondwłosa czupryna. – To coś znów atakuje.
Książe wyglądał na zdyszanego i pośpiesznie ubranego. Jego włosy wciąż ociekały
wodą, a jasne, wręcz morskie oczy drążyły w naszych sylwetkach przenikliwe
dziury. Jego oblicze było teraz poważne i w żadnym stopniu nie przypominał tego
wesołego młodzieńca, który nas tutaj przywiózł.
Po jego lewej stronie wisiała schowana katana o pięknych, diamentowych
zdobieniach na członie.
- Tak jest, wasza wysokość. – Sebastian wypuścił Sitie spod dotyku.
Skierował się w moją stronę, a zaraz potem sięgnął po wielką torbę, która
schował pod łóżkiem, na którym wciąż leżałam.
* * *
Nie poruszaliśmy się teraz prywatnym samochodem księcia. Pędziliśmy jednym z
terenowych, dobrze uzbrojonych aut. Nie spodziewałam się tego po małej
rezydencji. Najwyraźniej nasze miejsce odpoczynku tylko pozornie miało
zapraszać do siebie gości.
Wiedziałam, że musimy być gotowi na wszystko. Nagłe wezwanie i nieznajomość
sprawy, a także zmęczenie po podroży. To wszystko tworzyło nieprzyjemną
mieszankę, która na pewno zadziała w jakiś sposób na naszą niekorzyść. I już
teraz próbowałam obmyślić plan, który pozwoli nam na odpowiednie działania.
Na moje szczęście obok siedział Sebastian, który mimo niższego stopnia,
posiadał znacznie więcej doświadczenia, jak i wiedzy. Mogliśmy na nim polegać,
co do tego nie miałam żadnych wątpliwości.
- Powie nam Książe, co dokładnie się dzieje? – to pytanie wypłynęło z moich ust
z domieszką złości.
Spoglądałam przed siebie, próbując odgadnąć wyraz twarzy Sitii. Siedziałyśmy na
twardych krzesełkach, znajdując się jednocześnie na pace wojskowego samochodu.
To wydawało mi się jeszcze bardziej niepokojące. Powinni nas odwieść do miejsca,
w którym stacjonują nasi.
- To… - jego głos zadrżał. – Wasza przegrana.
Krótki śmiech wydobył się z jego gardła zaraz przed tym, jak runął przed
siebie. Gaston, który siedział obok Sitii, leciał teraz przed siebie.
Nieprzytomny.
Dziewczyna zdążyła zareagować, łapiąc jego ciężkie ciało. Ruszyłam w przód,
pomagając jej w przytrzymaniu wiotkiego dziedzica tronu.
Natychmiast kazałam usadowić się siostrzenicy tak, że klęczała na twardej
podłodze. Na jej kolanach spoczywała blada twarz Gastona, który zastygł we śnie.
- Żyje. – odsapnęłam, kiedy sprawdziłam puls.
Dopiero teraz mój wzrok spojrzał na niego w nieco inny sposób. Dostrzegłam
piękne rysy twarzy i nieskazitelną skórę. Jasne, niemal złociste włosy okalały
jego twarz, dodając mu uroku. Miał jeszcze wygląd chłopca, ale za tym krył się
potężny mężczyzna, którym na pewno za niedługo się stanie. Już teraz był
przystojny, a jego ciało nabrało muskulatury.
- Jedziemy z wrogami. – Moran przykucnął tak, że stykaliśmy się plecami.
W jego dłoniach spoczywała piękna, lśniąca blaskiem broń. Niosąca śmierć, aby wybawić
uciśnionych. Niestety w krótkich dystansach zdawała się być bezużyteczna.
Dziękowałam w myślach za to, że mamy Sebastiana przy sobie. On potrafił zrobić
z niej użytek.
- W końcu będą musieli się zatrzymać i coś z nami zrobić. – zagaiłam, starając
się uciec wzrokiem od twarzy Gastona.
- Pozostaje nam czekać. – szepnęła dziewczyna, która odgarnęła luźne kosmyki z
policzka młodzieńca.
Mijały kolejne minuty, pełne napięcia i oczekiwania. Żadne z nas nie wiedziało
z czym się mierzyło. Przeklinałam siebie w myślach za to, że wcześniej niczego
się nie domyśliłam. Coś wcześniej musiało być nie tak.
Nie wiem ile czasu minęło, ale kiedy pojazd się zatrzymał,
moje serce przyspieszyło. Każdy mięsień był gotowy na atak. Razem z Moranem
staliśmy obok siebie, stykając się ramionami. Nasze oddechy się wyrównały.
I wtedy drzwi się otwarły.
Nie czekaliśmy długo na pojawienie się sprawcy. Bowiem przed nami wyrosła kobieca
sylwetka, wykrzywiająca pomalowane na żywą czerwień usta. Również jej włosy
biły po oczach tym kolorem, niemal nas oślepiając.
- Proszę, proszę – miała ładny, melodyjny wręcz głos.
Ubrana w obcisłą, czerwoną sukienkę powitała nas otwartymi ramionami. Nawet
wycelowana lufa broni Morena jej nie wzruszyła.
- Zróbcie mi coś, a on zginie. – na chwilę jej wzrok powędrował do tyłu. Z
pewnością miała na myśli księcia. – Jest pod moją kontrolą.
Za nią rozpościerał się pałac. I to sprawiło, że jeszcze bardziej zmroziło moją
krew. Byliśmy w siedzibie samego Króla. Co w takim razie się tu wydarzyło? W co
jesteśmy zamieszani?
- Kim jesteś? – Sebastian zrobił krok, ale szybko się zatrzymał, widząc, jak
uzbrojeni ludzie za nią nadstawiają własną broń.
- Mówcie mi po imieniu, nazywam się Nadia i od dzisiaj to ja sprawuję władzę
nad tym Królestem. – wyszczerzyła mocniej zęby, podchodząc w naszym kierunku. –
Nadchodzi nowa era.
Zaśmiała się złowieszczo, na co jedynie przełknęłam ślinę. Spojrzałam do tyłu,
aby jakkolwiek przekazać swój niepokój w stronę Sitii. Tej jednak nie było.
Gaston leżał samotnie na zimnej podłodze, wciąż otulony snem.
A dziewczyna zniknęła. I najwyraźniej nie za sprawą Nadii, bo ta skupiona była
jedynie na przemowach.
I tak też nasza trójka zaraz miała dostać się do niewoli. Czekała nas
nieodgadniona sytuacja i zbyt wiele niespodzianek. Przed nami stała
Królobójczyni, prawopodobnie pierwszy żywy Kontrahent, któ®ego sotkałam.
I miałam jedynie dwa pytania.
Jak do tego wszystkiego doszło?
I gdzie, do cholery, jest Sitia?
<Sitio?>
Wybacz za ten odpis xD ja nie wiem, wyszło.. jak wyszło :’) nie wiem co tu się
stało, miałam jakieś zawirowania wenowopisowe

Komentarze
Prześlij komentarz