Zima nadchodzi.
KETIA
Rosnąca niepewność przejmowała zdrowy rozsądek. Gubiłam się
w plątaninie własnych myśli, szukając logicznego punktu, w którym będę mogła na
nowo przetworzyć informacje. Nie było jednak na coś takiego czasu, czas spokoju
właśnie miał odejść.
Czułam na policzkach zimne powietrze, a warkot silnika
skutecznie zagłuszał nerwowe bicie mojego serca. Patrzyłam na obłok ognia i
dymu, unoszący się w coraz wyższe partie atmosfery. Wybuch był ogromny i
spektakularny. Budził we mnie zarówno strach, jak i uaktywniał adrenalinę.
Każdy mój mięsień pozostał napięty, a szum po uderzeniowy
wciąż przeszkadzał w usłyszeniu słów towarzyszącego mi mężczyzny. Chciałam się
wyrwać, ruszyć do akcji i zdobyć chociażby małą garść informacji. Powstrzymał
mnie od tego silny uścisk na nadgarstku, sprowadzający umysł na właściwe tory.
- Nie oglądaj się, musimy szybko opuścić to miejsce.
Trzymaj. – spojrzałam na niego, przywołana spokojnym głosem. – Co z twoją
kataną?
Najpierw podał mi mały sztylet, który musiał wcześniej
ukryć. Kontrahenci bowiem zabrali naszą broń, pozostawiając nas w nieciekawej
sytuacji. Zabrałam przedmiot z jego dłoni, poprawiając się na niewygodnym
fotelu. Uważnie przyglądałam się czarnemu członowi, jakby to on miał
odpowiedzieć na zadane mi pytania.
- Zabrali ją, wciąż jednak odczuwam jej działanie. – jak na
wezwanie poczułam mrowienie w klatce piersiowej, a myśli na chwilę zadrżały.
Pokręciłam jednak przecząco głową, odrzucając zaniepokojenie. – Akkiaijin został
w domu, więc jesteśmy teraz bez broni.
Wypowiadając słowo dom, poczułam dziwną gorycz. Zmusiłam się
więc do odwrócenia wzroku od Sebastiana, aby czegokolwiek nie dostrzegł. W ten
sposób znów mogłam oglądać malejącą powoli chmurę dymnego oparu i doglądać
płomieni, które teraz przysłaniały coraz gęściej porośnięte drzewa.
- Dasz radę skontaktować się z Sitią? – Moran podejmował
kroki, którymi to ja powinnam się zająć.
Znów zawodziłam. Pokiwałam potwierdzająco głową, wysyłając
do dziewczyny krótką wiadomość, na którą zresztą szybko mi odpowiedziała.
Poczułam wtedy ulgę, wiedząc, że nic jej nie jest. Na tym jednak nasz kontakt
się urwał.
DUNCAN
Zacisnąłem pięść na papierze, mnąc go w marną kulę. Mój
wzrok wędrował po ekranie, a uszy uważnie nasłuchiwały dziennikarza, który
opisywał wydarzenia sprzed paru chwil. Poprawiłem się na fotelu, stukając
nerwowo w blat biurka.
To nie miało tak wyglądać. Moje plany musiały się teraz
drastycznie zmienić, aby dopasować wszystko do wydarzeń tej nocy. Nie czułem
jednak niepokoju, a złość, która z każdym zdaniem medialnej marionetki rosła.
- Na ulicach wybuchły zamieszki, ludzie domagają się
wyjaśnień. Król prawdopodobnie nie żyje, a jego jedyny syn uznany został za
zaginionego. Padają podejrzenia na Armię Salvadorską, co doprowadza do większego
buntu. – napiąłem mięśnie, zagryzając mocniej szczękę. – Ludzie domagają się
wyjaśnień, a…
Przerwałem ten bełkot, wyłączając telewizor. Uderzyłem
pięścią w blat, na chwilę pozwalając na upust negatywnych emocji. Ktoś zręcznie
manipulował poddanymi, którzy należeli do mnie. Nie mogłem dopuścić do dalszych
oszczerstw. Potrzebowałem czegoś, co pozwoli mi na gwałtowne odwrócenie uwagi
gapiów i udowodni, że nie mam z tym nic wspólnego. Nawet, jeśli bym miał, nie
przebiegłoby to w tak amatorski sposób.
I podejrzewałem za tym tylko jedną stronę. Demony w końcu
się przebudziły, wypowiadając wojnę wszelkim stworzeniom.
Chaos już się narodził. Teraz rozgrywał się wyścig, w której
wygrany otrzymywał nad nim kontrolę. I nie zamierzałem odpuszczać, najlepsza
zabawa dopiero przed nami.
KETIA
Białowłosa usiadła na krawędzi łóżka, ciężko wzdychając.
Wyglądała na zmęczoną, a opowieść, która wypłynęła z jej ust mnie zaniepokoiła.
Miasto wrzało. Znajdowaliśmy się wewnątrz burzy.
- Skontaktuj się z Duncanem. – rozkazałam Moranowi, który
jedynie skinął głową.
Wyszedł z pomieszczenia, pozostawiając nas same. Nie
odwracałam jednak wzroku od szyby, za którą wciąż rozciągała się ciemność nocy.
- Skoro Nadia zabiła króla i porwała księcia, nie miała
powodu do podkładania ładunków i spektakularnego wybuchu. – dotknęłam kciukiem
brody, przez chwilę głaszcząc dolną wargę. – Jeśli jednak nie ona, to kto?
Oczywiście nie oczekiwałam odpowiedzi na to pytanie. Mimo,
że pragnęłam informacji, wiedziałam, że nie przyjdą wcale łatwo.
- I jaki miał w tym cel? – dodała dziewczyna, opierając
plecy o wyblakłą ścianę.
W pomieszczeniu świeciła jedynie świeca, która pozwalała nam
na anonimowość. Każdy z nas zdawał sobie sprawę z zagrożenia, jakie teraz czyhało.
Nie mogliśmy jednak pozwolić sobie na dłuższe bezpieczeństwo.
- Musimy odzyskać broń i Księcia. On będzie naszą kartą
przetargową. – zniżyłam wzrok, spoglądając na niemal niewidoczną teraz ścieżkę
w lesie. Gdzieś w oddali pojawiły się nikłe światła, ale je zignorowałam.
- Jak zamierzasz to zrobić? – do pokoju wrócił Moran, który
gwałtownie otworzył drzwi, przez co się wzdrygnęłam.
- Jeszcze nie wiem.
- Zmuś katanę do powrotu, przecież to potrafisz. Moja
prawdziwa broń i tak pozostaje w ukryciu. – oparł się ramieniem o framugę
drzwi, spoglądając na nas kolejno.
- Wiesz, że tego nie zrobię. – zaprotestowałam nieco
ostrzejszym tonem głosu.
- W takim razie zginiesz z rąk podrzędnych Kontrahentów,
albo nawet wcześniej. – nie musiałam na niego patrzeć, aby czuć bijącą od niego
niechęć. – Ktoś wie, gdzie jesteśmy i zaraz nas zaatakują.
Tymi słowami zyskał całą moją uwagę, ale zanim mój wzrok
padł na jego osobę, dostrzegłam ruch. Z lasu zaczęli wyłaniać się ludzie, znani
mi zbyt dobrze, aby nie wzbudziło to we mnie paniki.
- Coś ty zrobił? – mruknęłam, ruszając w jego stronę, aby
zaraz potem chwycić go za kołnierz.
Mimo, że był wyższy i silniejszy, nie drgnął. Lustrował mnie
jedynie zimnym wzrokiem, a całe jego ciepło, które jeszcze niedawno dzieliliśmy
się ulotniło. Zabolało mnie to, z jaką łatwością wyparł się naszego powiązania.
- Nie opieraj się, Duncan wie, co robi. –jego dłoń
wylądowała na moim policzku, aby zaraz potem gwałtownie złapać mnie za gardło.
- Sitia, uciekaj! – warknęłam przez ściśnięty głos, ale
dziewczyna nie drgnęła.
DUNCAN
Patrzyłem na ludzi, którzy coraz liczniej gromadzili się na
dziedzińcu przed pałacem. Mury mogły pomieścić sporo poddanych, ale teraz
wydawały się niewystarczające. Niesamowite było dla mnie to, jak łatwo
zjednoczyć większość społeczeństwa. Jedna tragedia wydobyła z nich poczucie sprawiedliwości.
Tak, jakby działania podrzędnych ludzi miały jakiekolwiek wpływy na wyższe
sfery. Dzięki temu jednak pozostawali zamknięci w bańce z poczuciem władzy nad
własnym życiem, a manipulacja takimi bytami była dość łatwa.
I w ten właśnie sposób mój plan wcale nie poległ. Nabrał
nowego rozmachu i niósł nowe zderzenie z rzeczywistością. Musiałem stworzyć
nową stronę, która odciągnie uwagę.
- Nie przejmuj się, będziecie tam bezpieczne. – mruknąłem w
stronę Keti, która nie obdarzyła mnie do tej pory nawet słowem. – Kontrahenci są
zbyt słabi, aby oprzeć się mojemu wojsku. Wciąż mam wielu uśpionych żołnierzy,
którzy z chęcią pozbawią życia nieposłusznym.
Wyciągnąłem ubrane w rękawiczki dłonie przed siebie, dłuższą chwilę zatrzymując na nich wzrok.
Czego
tak właściwie chcą te ręce?
- Skoro Magiczni zaczęli działać, mają powody. Być może to
przez nią – wskazałem ruchem głowy na białowłosą, która zaraz miała zostać
wystawiona na próbę. – Być może wcale nie ma większego celu, dla którego gra
się toczy.
Odchrząknęła, poruszając zaciśniętymi na nadgarstkach kajdankami.
Przez to przerwałem przemowę, która właściwie nie miała sensu.
- I jesteś pewny, że chcesz to zrobić? – wlepiała we mnie
wzrok, którego nienawidziłem. – To Ciebie uznają za Tyrana.
Powoli ruszyłem ku niej, ozdabiając własną twarz w troskliwy
uśmiech.
- Rozpętasz wewnętrzną wojnę. – nie oskarżała, a jedynie
patrzyła.
Wlepiała we mnie niebieskie oczy, które powoli zachodziły
łzami.
- Jestem pewny, że dobrze się bawię. Niedługo martwi znów
dostaną swój głos. Chaos należy do mnie. – zaśmiałem się, dotykając jej bladego
policzka.
Oparła głowę o moje palce, pozwalając, aby słone łzy
skapnęły na brudną podłogę. Przybliżyłem usta do jej czoła, składając na nim
motyli pocałunek. Następnie ostrożnie rozpiąłem kajdanki, uwalniając jej ciało
od ciężkiego metalu.
Sebastian, który stał za mną w ciszy przez ten cały czas,
głośno wypuścił powietrze. Widziałem, jak Ketia uważnie mu się przygląda, ale
nie powiedziała już słowa. Ruszyła przed siebie, bezuczuciowo mijając naszą
dwójkę.
- Myślisz, że nas znienawidzi? – jęknął Moran, kiedy
dziewczyna opuściła z hukiem pomieszczenie. – Szkoda byłoby stracić taką
Księżniczkę.
- To się dopiero okaże. – spojrzałem na białowłosą, o której
mówił oddany mi mężczyzna.
Siedziała posłusznie na stołku, przywiązana niczym
niewolnik. Jej twarz nie wyrażała nienawiści, wręcz przeciwnie. Bił od niej
spokój i oczekiwanie. Uśmiechnąłem się więc do siebie, ruszając do
pomieszczenia, w którym się znajdowała.
Mojemu wejściu towarzyszyły dźwięki skrzypiących drzwi, co
naturalnie zwróciło jej uwagę na moją osobę.
- Nie gniewaj się za to, co się wydarzy – powoli podszedłem
bliżej, kładąc następnie swoje dłonie na oparciu za jej głową. Zbliżyłem się
tak, aby mój oddech głaskał jej nagą szyję, co wywołało u niej dreszcze.
Zaśmiałem się cierpko. – Wiem, że sfałszowałaś tamte dokumenty. Jesteś bardzo
niegrzeczną dziewczynką. Twoja matka by tego nie pochwaliła.
Musnąłem jej ucho wargami, czując jak napina ciało. Wciąż jednak
nie okazywała wewnętrznych uczuć, przez co tylko przewróciłem oczami, kiedy się
od niej odsuwałem.
- A teraz bądź prawdziwą damą i pozwól mi poprowadzić cię w
tym tańcu. – odpiąłem ją od krzesła, mocno trzymając jej ciało.
Nałożyłem łańcuchy, które uniemożliwiały jej ruchy, przez co
jeszcze mocniej wyglądała na poturbowaną. I mimo, że jej nie tknąłem, na
pierwszy rzut oka zwykłego obserwatora wyglądała źle. To sprawiło, że mój
uśmiech się poszerzył.
Ruszyliśmy przed tłum, aby dokonać egzekucji. Dwoje katów i
jedna, niewinna istota.
KETIA
Przedzierałam się przez tłum zbitych ludzi, czując
nieprzyjemny zapach potu. Obijałam się o ich cielska, zmuszona słyszeć wrzawę
ich głosów. Musiałam jednak przed naprzód, aby zdążyć.
- Oto córka Pierwotnego Demona, tego, który wczoraj
wypowiedział nam wojnę – rozbrzmiał donośny głos Duncana, który stał teraz na
najwyższym balkonie zamku. – To ona pozbawiła życia Naszego Króla. Próbują
zasiać chaos wśród wszystkich królestw.
Obok niego stała spętana, białowłosa dziewczyna – Sitia. Za
nią Moran, który trzymał ją za ramie.
- W mieście pojawiła się również nowa grupa przestępcza –
Kontrahenci.
Kontynuował, a lud w miarę jego słów cichnął. Słuchali go.
- Nie możecie dać się omamić. Wiemy, kto jest ich przywódcą i
ona również zostanie skazana. Obiecałem zjednoczenie Królestw i tego dokonam.
Uniósł dłonie w górę, a ludzie zaczęli wiwatować. To było
niesamowite, a zarazem przerażające. Nie mogłam zrozumieć, kiedy mój brat
zyskał taką władzę.
Potem już go nie słuchałam, widziałam tylko, jak zsuwa z
dłoni czarne rękawiczki i schodzi schodami na scenę główną, gdzie każdy miał
lepszy widok.
Po bokach usytuowane były wielkie ekrany, które teraz pokazywały
zmarnowaną twarz Sitii.
Przyspieszyłam, teraz biegnąc w ich stronę. Zaraz przed
sceną skręciłam w bok, wbijając się do jednej z średnich wieży. Pokonywałam
kilka schodów na raz, słysząc coraz głośniejsze krzyki ludzi.
Kiedy tylko znalazłam się na szczycie, przystanęłam. Widok z
góry zapierał dech w piersi, a wiatr mroził każdy skrawek ciała. Przez chwilę
widziałam odległe równiny i piękne lasy, aby zaraz potem powrócić do zadania,
które stało przede mną.
Wyciągnęłam z kieszeni skrawek papieru, przytrzymując go na
murze przed sobą. Kątem oka widziałam, jak Duncan wyciąga swoją katanę i
ukazuje ją ucieszonemu tłumowi.
Zamknęłam oczy, wzywając do siebie magiczną energię. Czułam,
jak wplata się w moje żyły. Umysł wirował, coraz mocniej czując rosnące
obciążenie. Palcem podążałam wzdłuż kartki, przelewając na nią runy, które aktywowałam.
Z każdą sekundą było ich coraz więcej i czułam, jak palą moją skórę.
- Muramasa – zawołałam tylko raz,
gdzieś w głębi własnej głowy.
To wystarczyło, aby przeszyła mnie jej moc. Czułam jak wlewa
się w moje kości, przejmuje władze nad mięśniami i na chwilę odzyskuje życie.
Tyle wystarczyło, aby Duncan dopiął swego.
Jego ostrze runęło, tnąc szyję oskarżonej. Krew trysnęła, a
głowa winnej powoli upadła na zimną podłogę. Czerwone włosy straciły swój
blask, a oczy zastygły w nagłym przerażeniu. Ludzie unieśli się radością.
A ja upadłam na kolana, dzierżąc teraz w dłoni ukochaną
katanę. Muramasa wycofała runy, a nasze połączenie zniknęło. Odzyskałam broń i
zakończyłam pierwszy etap naszej misji.
- Co tu się stało? – obok mnie pojawiła się Sitia, klęcząc
zaraz przy moim ramieniu.
Obdarzyłam ją słabym uśmiechem, odgarniając włosy na bok.
Nikt nie mógł nas teraz zobaczyć.
- Wyjaśnię później, na razie pozbyłyśmy się jednego z… - nie
dane mi było dokończyć, organizm nie wytrzymał.
W ostatniej sekundzie zdobyłam się jedynie na przywołanie
Czarnuszka, licząc, że to wystarczy.
* * *
Otworzyłam oczy, opatulona w ciepły koc. Jęknęłam
przeciągle, rozglądając się zaspanym jeszcze wzrokiem po miejscu, w którym
byłam. Okazało się, że to samochód, który prowadził Tony. Obok niego, na
miejscu pasażera siedziała cała i zdrowa Sitia.
- Jak się czujesz? – odwróciła się w moją stronę, oglądając
mnie zaciekawionym spojrzeniem.
- Udało się? – nie odpowiedziałam, ale nie z niegrzeczności,
a strachu, czy wszystko przebiegło wedle rozkazów brata.
- Tak, jedziemy do Herault – mruknął Demon, na chwilę
obdarzając mnie nieodgadnionym wzrokiem.
- Czy teraz mogę prosić o wyjaśnienia? Tony nic nie chciał
mi powiedzieć. – mruknęła dziewczyna, zakładając w zniecierpliwieniu ramienia
na piersiach.
Kiedy się uniosłam, zauważyłam, że na jej kolanach leży Mac
Dara. Co prawda ledwo się mieścił, ale przy niej trwał.
- To było… dość ryzykowne. Dzięki podmianie udało się
stworzyć iluzję i zabić Nadię. Wszyscy jednak myślą, że to ona była tobą.
Oprócz oczywiście tych, którzy naprawdę wiedzą, kim jesteś.
Starałam się przedstawić to w prosty i jasny sposób, ale nie
byłam pewna, czy mi się to udało, bo dziewczyna nie odpowiedziała.
- Moc katany Duncana potrafi łączyć się z moją i wtedy… mamy
szersze pole manewru. – dodałam, nie chcąc zdradzać wszystkiego.
Nawet przed najbliższymi powinno się mieć sekrety, bo nigdy
nie możemy być pewni ich zamiarów.
- Szkoda tylko, że ja nie zostałem w to lepiej wtajemniczony
– Tony westchnął, opierając łokieć o bok drzwi samochodu. – Masz szczęście, że
potrafię odtworzyć twoje wspomnienia Ketia. No i, że jestem tak dobrym Demonem,
że nie zepsułem tego waszego cudownego planu.
Przewróciłam oczami, wzruszając przy tym ramionami.
Spojrzałam na Sitię, która wciąż wyraźnie analizowała moje słowa, a następnie
oparłam brodę o tył siedzenia mężczyzny, aby zaraz szepnąć mu do ucha głośne „dziękuję”.
ahoj przygodo :>
mam nadzieje, że nie zepsułam za bardzo XD


Komentarze
Prześlij komentarz